Archiwa kategorii: DISC

Konflikt – czy różnorodność w zespole może go powodować?

Mówi się, że jedyną stałą w biznesie jest zmiana. A że biznesu nie ma bez ludzi, to ja do listy „pewniaków” dodam konflikt w zespole; bo nawet w najbardziej zgranym zespole pojawiają się trudne sytuacje, co wynika z samego procesu życia grupy (o czym pisałam TUTAJ). I to jest w porządku. Ważne w tym wszystkim jest to, aby wiedzieć, że te niekomfortowe momenty nie zawsze muszą przerodzić się w konflikt. Tak, tak, nad tym możesz mieć kontrolę i o tym dziś chcę Ci opowiedzieć…

Gdybyś jednym słowem miał określić, co jest główną przyczyną konfliktów, to co byś odpowiedział? Podpowiem Ci: LUDZIE. Rozwijając to, dodam, że LUDZIE sami w sobie nie są problemem, ale fakt tego, że ludzie są różni. I to, że nie rozumiem, jak „on tak mógł postąpić”, bo ja bym przecież nigdy tego tak nie zrobiła, „jak śmiał podjąć takie kroki”, bo przecież umówiliśmy się na coś innego, pompuje często tyle napięcia w zespołową bańkę, że wręcz nie ma czym oddychać.

Kiedy uczę zespoły o konflikcie i o tym, jak ich nie eskalować czy jak sobie z nimi poradzić, zwracam uwagę na to, że w całej sytuacji mamy 3 elementy:

PIERWSZY to sytuacja – i to wszystko co wokół niej się wydarzyło: co, gdzie, kiedy i co należy zrobić; fakty są tu podstawą.

DRUGI to ludzie, czyli wszyscy zaangażowani w daną sytuację; co ważne, są w tej sytuacji ze swoimi różnymi potrzebami, motywacjami, ale i lękami.

TRZECI to relacja między tymi ludźmi, czyli odzwierciedlenie oddziaływania między nimi. A im bardziej pozytywny wpływ ludzie w zespole mają na siebie, tym wyższy poziom zaangażowania i skuteczności całego zespołu.

I nie daj się zwieść temu, co niektórzy błędnie głoszą, że w pracy chodzi o to, żeby zrealizować zadania a nie babrać się w tym, co między ludźmi. Otóż, im bardziej będziemy unikać mówienia o tym, co się dzieje między ludźmi, który realizują owe zadania, tym zwiększamy szanse na zababranie się na „amen”. A później już tylko pozostaje płacz i zgrzytanie zębów na myśl o tym, jacy to okrutni: pracownicy czy również i szefowie. Znasz to?

To taka drobna dygresja, wracajmy już do meritum i tego, co się dzieje między tymi 3 czynnikami w sytuacji konfliktowej. Przypomnij sobie jakąś sytuację („Problem lub sytuacja” na poniższej „Piramidzie konfliktu”), jakieś zdarzenie, które wywołało konflikt, było trudne dla relacji w zespole lub dla twojej relacji z klientem.

Co wówczas myślałeś o całej sytuacji? Czy przypadkiem zamiast skupienia się na faktach, szukaniu z innymi rozwiązania w sytuacji, swoich myśli automatycznie nie przekierowałeś się na drugą osobę („Osoba” na piramidzie): co zrobiła, co powiedziała, może też na tym, jakie to było dla Ciebie trudne, frustrujące itp.? Zmierzam do tego, czy przypadkiem nie straciłeś kontroli nad sytuacją, oddając kontrolę negatywnym przekonaniom, niezrozumieniu zachowań drugiej strony?

I nawet jeśli sobie myślisz, że Ty tak na pewno nie robisz, to może pokornie przeanalizuj to, jak „z automatu” reagujesz w konfliktowej sytuacji. Tak już jest, że im więcej różnorodności w zespole, tym w trudnej sytuacji z klucza mniej zrozumienia dla tego, że można postąpić inaczej niż ja sama/sam. I kiedy już tak okleimy innych założeniami o tym, że ktoś coś źle robi, że tak nie można, że tak źle itp., tym bardziej blokujemy miejsce dla pozytywnej relacji, dobrego wpływu. A zaufanie? O czym mowa? Na to nie ma miejsca. Tę przestrzeń zagrabia sobie SYTUACJA, która niepotrzebnie urasta do „wielkiego halo” (na grafice pokazuję, że zabiera najwięcej miejsca), narzucając na osobę negatywne przekonania na jej temat, które zwykle wynikają z tego, że nie rozumiemy zachowań, oceniamy je przez swój własny filtr – jak ja robię, czego potrzebuję, jak powinno być etc.

Skoro w trudnej sytuacji łatwiej nam narzucać na innych negatywne myślenia na ich temat niż zająć się szukaniem wspólnie rozwiązania (to się dzieje w RELACJI, dla której w piramidzie konfliktu nie ma zbyt wiele miejsca), to jak z tego wybrnąć? Otóż, znajomość różnych stylów zachowania, motywacji do działania (a to diagnozuje badanie DISC D3) pomoże Ci w tym, by nie utknąć na osobie a korzystając z relacji, szukać rozwiązania w sytuacji. Odwróci się piramida konfliktu, dając przestrzeń dla zrozumienia, co ktoś naprawdę chce powiedzieć, a nie tylko tego, co słyszy, budowania czy rozwijania relacji zamiast trwania w trudnej sytuacji.

Podsumowując, konflikt był, jest i będzie w zespołach; im bardziej różnorodne są te zespoły, w tym na poziomie wartości, tym większe prawdopodobieństwo eskalacji trudnych emocji i niepotrzebnego wyolbrzymiania sytuacji. Lekarstwem jest wypracowanie nawyku chęci rozumienia tego, z czego wynikają zachowania moje i drugiej strony, by nie oceniać innych a korzystając z różnorodności w zespole, wspólnie szukać rozwiązań.

Czy dzieci rodzą się ze stylem zachowania?

Dlaczego jedni są tacy dominujący a inni wręcz przeciwnie? Co jest przyczyną tego, że niektórzy uwielbiają być wśród ludzi a inni potrzebują ich tylko „na chwilę”? Dziś odpowiem Ci na pytanie, od czego zależy Twój styl zachowania DISC, czy jako dzieci się z nim rodzimy, czy może jest wyuczony?

Jako dumna mama miesięcznego Michasia żartowałam, że fajnie by było, gdyby moje dziecko było S-ką (stały styl zachowania w modelu DISC), czyli ciche i spokojne. Jednak wszyscy mówią, że on pewnie będzie dominującym stylem zachowania, tak jak mama, bo przecież niedaleko pada jabłko od jabłoni, prawda? 😉Żarty żartami, ale zaczęłam się mocno zastanawiać, co będzie miało największy wpływ na kształtowanie przyszłego stylu zachowania mojego syna. Geny, zachowania modelowane przez rodziców czy idąc dalej – raczej środowisko, w jakim będzie dorastać. Sprawdźmy u źródła.

Na swojej drodze nie spotkałam wielu, którzy analizowaliby model DISC w odniesieniu do niemowląt i próbowali określić ich styl zachowania. Całe szczęście przybywa tu z pomocą William Moulton Marston, amerykański psychiatra i psycholog, twórca DISCa. Spędził sporo czasu, badając i pisząc o tym zagadnieniu. Do jakich wniosków doszedł?

Zacznę od tego, że każdy rodzic do wychowania dziecka podchodzi zupełnie inaczej. Znam rodziców, którzy wychodzą z założenia, że ciągłe noszenie, przytulanie i poświęcanie dziecku maksimum obecności wyrządzi więcej szkód niż pożytku i przez to rozpieścimy dziecko. Natomiast nasz pediatra w Stanach mówi, że na tak wczesnym etapie życia nie ma czegoś takiego jak rozpieszczenie dziecka przez częste przytulanie czy ciągłą obecność przy nim. Tak małe dziecko bardzo tego potrzebuje i powinno to dostać. Ono nie chce rządzić, ono chce się czuć bezpiecznie, zaopiekowane przez innych.

A co na to Marston? Z jego badań wynika, że całkowite poddanie się jest naturalną reakcją noworodka. Warto podkreślić, że Marston używał takiego określenia dla stylu zachowania S (Stały) wtedy, kiedy jeszcze nie wiązało się to z negatywnymi konotacjami. Teraz coraz częściej „byciu poddanym” przypisujemy negatywne cechy. Więc takie całkowite poddanie się, według Marstona, ma miejsce, gdy rodzic czule gładzi dziecko po główce, przytula czy po prostu trzyma je w ramionach. Niemowlęta poddają się tym przyjemnym odczuciom, co sprawia, że dzięki naszej konsekwencji i regularności w przekazywaniu miłości w taki sposób, wzrasta u nich zaufanie do nas jako rodziców i następnie do innych ludzi. Niemowlęta bardzo mocno kształtują swoją osobowość na tak wczesnym etapie życia, stąd teraz zadajmy sobie pytanie, czy jako rodzice uczymy swoje dzieci zaufania i budowania silnych relacji, czy uczymy je strachu i poczucia odrzucenia?

Czego jeszcze dowiadujemy się od Marstona?

  • Nabywanie cech ze stylu S (styl stały) jest bardzo przyjemne dla niemowląt, podczas gdy uczenie się sumienności, czyli zestawu zachowań typowych dla stylu C (Sumienny), już nie bardzo. Dlaczego? Tych zachowań, w odróżnieniu od zachowań stylu S, nie nabywamy ot tak, trzeba się ich nauczyć. Przecież nie musisz uczyć dziecka bycia kochającym, wrażliwym czy ufnym, co S-ki mają w pakiecie, ale już przestrzegania zasad owszem – tu nie ma drogi na skróty.
  • Nabywanie cech typowych dla stylu D (Dominującego) przychodzi z łatwością, kiedy tylko dzieci nauczą się tego, jak smakuje wytrwałość i determinacja.
  • Dzieci to kochające “stworzenia”, które bardzo pozytywnie odpowiadają na empatię, życzliwość, uśmiech czy nawet śmiech osób o stylach nastawionych mocno na człowieka, czyli „I” (Wpływowy) i wspomniany styl S.
  • Marston poświęcił sporo swojej uwagi stylowy I, wskazując na pewnego rodzaju świadome wywołanie emocji. O co chodzi? Dzieci rodzą się z wrodzoną zdolnością do wywołania emocji u rodziców, aby uzyskać od nich pozytywną reakcję. Kiedy niemowlę uśmiecha się lub gaworzy, rodzic odpowiada na to bardzo pozytywnie i dziecko to odczuwa. A takie zachowanie nie różni się prawie niczym od tego, jak zachowują się dorośli, u których stylem dominującym jest styl I. Ich celem jest zyskać pozytywną reakcję od innych.

Podsumowując, według Marstona niemowlęta rodzą się z wrodzonymi instynktami, które przyczyniają się do nabywania cech ze stylu D (Dominujący, I (Wpływowy) i S (Stały), natomiast styl C (Sumienny) jest stylem, który z biegiem czasu nabywamy i uczymy się go. Zatem, „coś” bierzemy od rodziców, ale to środowisko, w którym przebywamy, ludzie, którymi się otaczamy, doświadczenia, mają ogromny wpływ na naszą kombinację stylów zachowania DISC (a możemy je diagnozować w badaniu kompetencji DISC, dowiadując się o swoich mocnych stronach, wartościach wnoszonych do zespołu, ale i potencjalnych ograniczeniach – każdy je ma i warto to wiedzieć)

Na ten moment mogę Ci tylko powiedzieć, że Michaś jest typowym stylem Stałym. Daję mu ogrom miłości i poświęcam dużo uwagi, dzięki czemu mały nie płacze i daje mi chociaż troszkę popracować. Oby tak dalej, bo kocham i swoje dziecko, i swoją pracę 😊.

Pokolenie Z – jak się z nim komunikować?

Autorką tego tekstu jest nasza Jula :) Sprawdźcie co ma Wam do przekazania 🙂 Pokolenie Z – jestem jego dumną przedstawicielką, stąd dziś chciałabym podzielić się z Tobą kilkoma ciekawostkami z naszego świata komunikacji. Zdradzę Ci, jaki model komunikacji wykształciliśmy, jak go interpretować i jak wpłynął na komunikację w naszym zespole 🙂 Muszę podkreślić, że dziś przeczytasz wiadomości z pierwszej ręki. Zaczynajmy 😉

Pokolenie Z – co się za tym kryje?

Źródła nie są jednoznaczne co do określenia ram czasowych, w których urodziło się  pokolenie Z. Ogólnie rzecz ujmując przyjmijmy, że to pokolenie urodzone po 1995 r. 🙂 Pokolenie Instagrama, Facebooka, WhatsUpa i szeroko pojętego Internetu. Wykształciliśmy nowy model komunikacji i to czego szukamy w pracy, to przyzwolenia, aby ten model wykorzystywać. Nie chcemy w kółko pisać mejli, ale również korzystać z takich komunikatorów jak Hangout. Szukamy możliwości, żeby gdzieś przemycić emotikonkę, czy inny innowacyjny i sprytny sposób na realizację naszych zadań np. korzystanie z różnego rodzaju wtyczek czy programów.

Nowy model komunikacji, czyli co?

Pokolenie Z przeniosło komunikację na inny poziom. Poza komunikacją werbalną i zwykłym pisaniem wiadomości tekstowych zaczęliśmy szukać nowych narzędzi, dzięki którym będziemy wyrażać emocje. Do naszej codzienności dorzuciliśmy emotikony, memy, gify, wiadomości głosowe, live streamingi i krótkie video, nawet takie, które na zawsze znikają po 10 sekundach 🙂 Sporo tego, prawda? Ale nie martw się, właśnie przechodzimy do trzech sekretów komunikacji pokolenia Z, które naprawdę się liczą.

  1. Emotki 😉

My, przedstawiciele pokolenia Z, traktujemy je bardzo poważnie. Dzięki nim zmiękczamy przekaz i sprawiamy, że relacja staje się swobodniejsza i bliższa. Czując taki charakter komunikacji, łatwiej nam jest np. przyznać się do błędu czy pozytywnie odebrać konstruktywną krytykę! Bo spójrz, jest różnica pomiędzy Jula, następnym razem bądź bardziej uważna i sprawdź to dwa razy., a Jula, następnym razem bądź bardziej uważna i sprawdź to dwa razy 🙂 No jest, prawda? 🙂 Osoby wrażliwe, czyli ja :), szczególnie docenią taki rodzaj komunikacji. Jeżeli spotkasz się z tym, że młody pracownik w konwersacji z Tobą użyje emotikonów, to nie traktuj tego jako braku szacunku, braku zaangażowania czy czegokolwiek w tym stylu! To zupełnie nie o to chodzi!

  1. Kropka nienawiści. (celowo postawiłam tu kropkę)

Pewnie brzmi to komicznie, ale znów będzie miało to dla nas spore znaczenie. Już tłumaczę. Tutaj chodzi nam o to, że jeżeli jakieś zdanie jest zakończone kropką I TYLKO KROPKĄ, to my odbierzemy je bardzo poważnie. Taka kropka na końcu zdania to dla nas nietypowy zabieg, ale nie dlatego, że nie używamy znaków interpunkcyjnych, tylko dlatego, że jesteśmy przyzwyczajeni do kończenia naszego komunikatu emotikonami czy gifami i z jakąś emocją. Może to będzie zbyt wiele jak napiszę Ci, że taka kropka jest dla nas sygnałem obojętności nadawcy i tego, że nawet nie chce mu się dostosować do niej emocji. Oczywiście to też częsta forma żartu i przejaskrawienia, ale nic się nie stanie, jak będziesz świadomy tego, że takie zjawisko jest obecne 🙂

  1. NIE KRZYCZ NA MNIE.

Tutaj już jest kumulacja wszystkiego 🙂 Hahaha 🙂 Nie dość, że komunikat zakończony kropką, to jeszcze napisany DUŻYMI LITERAMI. Ustalmy, że używając wielkich liter KRZYCZYMY NA KOGOŚ, chcemy mocniej podkreślić przekaz. Dlatego, jeżeli napiszesz POSTARAJ SIĘ BARDZIEJ., zamiast Postaraj się bardziej 🙂 możesz komuś nieźle zagrać na emocjach 🙂

Jeszcze jako bonus podpowiem Ci, że Z-ki mają to do siebie, że zamiast napisać jedną wiadomość i wysłać, to dzielą ją na zdania i każde wysyłają osobno. Wiesz o czym mówię? 🙂 Niektórzy moi znajomi wysyłają czasem po jednym słowie i jak tylko nie śledzę wiadomości na bieżąco, to zaraz pojawia mi się powiadomienie: 55 nowych wiadomości. Dlatego tak sobie myślę, że zawarcie wszystkich informacji w jednym mejlu to dla nas nie lada wyzwanie 😉 Ale uczymy się pisania wiadomości raz a porządnie. Szczególnie jak to dzieje się w komunikacji mejlowej 🙂 Ja już to prawie opanowałam 🙂

Dla mnie taka różnorodna komunikacja to norma, natomiast jak się okazało po czasie, dla mojego zespołu absolutnie nie 🙂 I tak właśnie, na początku naszej współpracy zaczęłam zarzucać je emotkami, gifami i memami, a w zamian nie otrzymywałam nic. Po tym, jak zdradziłam Ci trzy sekrety, możesz sobie wyobrazić, jak się czułam, a szczególnie w sytuacji, kiedy popełniałam błędy i jako bardzo wrażliwa osoba, otrzymywałam często komunikaty bardzo oschłe, bez emotikonek i z kropkami 🙂 Było mi przykro, ale gdzieś z tyłu głowy mam taką myśl, że nie wszyscy komunikują się emotkami i gifami.

Ale co ciekawe, w naszym zespole dominuje Sumienny styl komunikacji (Styl C w modelu DISC). Taka zadaniowa komunikacja w stylu zrób to, zajmę się tym, to norma. Ale coś w tym jest, że dla mnie, przedstawicielki pokolenia Z, normą to kompletnie nie jest, choć styl dominujący mamy taki sam, a dla moich dziewczyn z zespołu, które do tego pokolenia nie należą, owszem 🙂 Rzuca to zupełnie nowe światło na style zachowania. I tak jak wszystkie cenimy sobie, jako styl C, to samo, mamy podobne lęki i motywacje, to na poziomie komunikacji odzywa się jeszcze mój pokoleniowy element.

Dziś mogę Ci zdradzić, że przeniosłam naszą komunikację w zespole na inny poziom. Wprowadziłam emotikony, wykluczyłam kropki i nawet zdarza się, że Ania wyśle nam gifa, gdzie ptaszek pokazuje nam język 🙂 Haha 🙂 Ale co jest najlepsze… dziewczyny ostatnio same przyznały, że jak wysyłają do mnie wiadomość, to emotikonka musi być i że weszło im to w nawyk 🙂 Podsumowując, nie chodzi mi o to, że teraz każę się wszystkim dostosować do mnie. Chodzi o zrozumienie różnic między pokoleniami i znalezienie w tej komunikacji złotego środka.

PS Czy zauważyłeś, ile w tym tekście było charakterystycznych cech dla Komunikacji Z? Ile uśmieszków i brak kropek? 🙂 To wszystko było celowe. Chciałam Cię przenieść w świat komunikacji pokolenia Z 🙂 Dla mnie kropką jest właśnie emotikonka 😉

W życiu nie chodzi o to, aby się ścigać, ale żeby zmierzać na swój Everest własnym tempem

W życiu nie chodzi o to, aby się ścigać, ale żeby zmierzać na swój Everest własnym tempem. Oto moja rozmowa z Przemysławem Kołodziejczykiem, przedsiębiorcą z doświadczeniem w branży IT, założycielem firmy GECOS Sp. z o. o., absolwentem studiów MBA we Francuskim Instytucie Zarządzania, certyfikowanym konsultantem DISC D3.

Odkąd Cię znam, zawsze mierzyłeś wysoko. Masz na koncie kilka prężnie działających firm, kolejne dyplomy. I wciąż jakby chcesz sięgać wyżej… W jaki sposób wyznaczyłeś swój cel, swój „Everest”?

W moim przypadku ten „Everest” bardzo ewoluował. Kiedyś patrząc na osiągnięcia innych, myślałem, że trzeba ich naśladować i właśnie to postrzegałem jako „Everest”. Dzisiaj wiem, że każdy powinien znaleźć taką górę, której zdobycie będzie dla niego ekscytujące i wspinać się na jej szczyt w swoim tempie. Przytoczę tutaj analogię do gór. Ostatnio zdobywałem Język Trolla w Norwegii. To było dla mnie nowe doświadczenie. Ja i osoby, które spotkałem na szlaku, mieliśmy ten sam cel, choć zdobywaliśmy go w różnym tempie. Wiele ze spotkanych tam osób miało dużo lepszą kondycję ode mnie. Naturalnie na początku porównywałem się do nich, patrzyłem na moje osiągnięcia przez pryzmat tego, w jakim tempie inni zdobywali szczyt. To doświadczenie było dla mnie kolejną lekcją pokory i dzięki niemu zrozumiałem, że jeśli naprawdę chcę mieć satysfakcję z tego, co robię, to nie muszę się ścigać, ale mam zmierzać na ten mój Everest własnym tempem.

To bardzo liderska postawa. A czego jeszcze nauczyła Cię ta wyprawa?

Kolejny raz przekonałem się, że zdobywanie upragnionych celów to momenty pełne entuzjazmu, ale i chwile, kiedy przychodzi zmęczenie, czasem zniechęcenie. Tak po prostu jest i bardzo ważne jest posiadanie odpowiednich ludzi obok siebie, którzy pomogą nam w trudnych dla nas chwilach. Czasami bezcenne jest posiadanie osoby, która – gdy zaczynamy myśleć negatywnie o dalszej wędrówce – powie: „Posłuchaj, za tamtym zakrętem zrobimy sobie przerwę i odpoczniemy”. To jest bardzo ważne i przypomina sytuacje z firm, gdzie odpowiednio dobrani ludzie wspierają się w dążeniu do celu.

Im wyżej chcemy wejść, tym silniejszego zespołu potrzebujemy… a ta siła to niekoniecznie najlepsze osoby na rynku a raczej ci, którzy mają podobne do nas wartości i są nastawieni na pracę zespołową, zgodzisz się?

Oczywiście. Dobrze wiesz, jakim przełomem w budowaniu zespołu było dla mnie to, kiedy okazało się, że te wartości, to nastawienie na wspólną pracę jesteśmy w stanie zdiagnozować. Zanim poznałem model DISC i całe badanie kompetencji D3, dobierałem osoby do zespołu bardzo intuicyjnie, co też jest spójne z moich profilem. Dziś wiem, że dobranie właściwej osoby do zespołu to nie tylko moja intuicja, jej kompetencje twarde, ale też pakiet kompetencji miękkich, w tym styl komunikacji, reakcja na zmianę, stres, role, w których będzie się dobrze czuć w zespole, czy wartości, którymi się kieruje, podejmując decyzje. To właśnie decyduje o tym, czy ta osoba długofalowo sprawdzi się w tej wspólnej podróży czy przeciwnie, będzie zwalniać tempo wyprawy. To wszystko o danej osobie warto wiedzieć, zanim ją zaprosimy do współpracy.

Co takiego zmieniło się w Twojej firmie, w pracy zespołu, odkąd zacząłeś zwracać uwagę na miękkie kompetencje?

W przeszłości nie rozumiałem, dlaczego niektórzy ludzie zachowują się w określony sposób. Nie każdy względem każdego okazywał entuzjazm, który dla mnie osobiście jest ważny. Ludzie po prostu wykonywali swoje zadania. Dziś wiem, że w tamtym czasie po prostu siebie nie znaliśmy. Nie rozumieliśmy siebie nawzajem, bo jesteśmy tak różni. To właśnie potwierdziły wyniki badania DISC D3. Jesteśmy różni w tym, jak się komunikujemy, w tym jak organizujemy sobie pracę. Po badaniu zaczęliśmy pracować właśnie nad tym, jak rozmawiać z innymi od siebie, aby nie oceniać a rozumieć oczekiwania drugiej strony, szukać rozwiązań, które mają nas doprowadzić do celu. Ludzie nabrali więcej wzajemnego szacunku, a zespół stał się silniejszy. Zmniejszyła się liczba konfliktów, a co za tym idzie rotacja w zespole i współpraca nabrała innego wymiaru – wiemy, kto w których obszarach jest naprawdę mocny i co może dać z siebie innym. Dziś to, że jesteśmy różni, jest naszą siłą. Mamy jeszcze wiele do zrobienia, jeśli chodzi o współpracę, to oczywiste, ale łączą nas wartości i chęć tego, aby wspólnie zdobyć nasz „Everest”, być coraz lepszymi w tym, co robimy.

 A wróćmy na koniec do Ciebie… Wierzysz w to, że „Everest” można zdobyć nie samemu, ale właśnie z ludźmi i wciąż mówisz o ludziach. Skąd się wzięło u Ciebie takie podejście?

Od zawsze tak miałem – człowiek jest dla mnie w centrum tego, co robię i myślę. Dzięki badaniom kompetencji, szkoleniom, lekturom wiem, że stoi za tym konkretny styl liderski (ID w modelu DISC, Uczciwość na poziomie wartości, Kreator, Analityk i Strateg w rolach zespołowych), podobny do tego, który ma tak ceniony przeze mnie Richard Brandson (inspiruje innych do tego, aby byli coraz lepsi). Chcąc zbudować firmę, która na rynek wniesie wartość, nie zrobi się tego bez ludzi. I to zarządzanie ludźmi jest największym wyzwaniem, bo przecież tego się nas nie za bardzo uczy. W tym obszarze popełniłem najwięcej błędów, z których wyniosłem lekcje. Dzięki tym lekcjom wspinam się coraz wyżej, na mój „Everest” i już nie ścigam się a robię to w swoim tempie.

Co zrobić, aby czuć zadowolenie z pracy? 5 lekcji z pobytu w Polsce!

I wróciłam… prawie na drugi koniec świata, do mojego amerykańskiego domu. W ciągu niespełna 3 tygodni w Polsce tak dużo się wydarzyło, tak wiele doświadczyłam, że pomyślałam, że warto podzielić się z Tobą tym, czego się nauczyłam na temat tego, co zrobić, aby czuć zadowolenie z pracy, swojego życia i tego, kim jestem. Otóż…

1. Dobrze wcale nie oznacza lekko. Poprowadziłam kilka szkoleń Group Dynamics, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że są firmy, zespoły, w których głową muru nie przebijesz i jeszcze wiele wody upłynie, zanim ich szefowie przetrą oczy i przekonają się, że jak nie zadbają o ludzi, to wcześniej czy później będą drżeć na widok spadającego zaangażowania i wyników lecących na łeb na szyję. Ale jednocześnie z dumą potwierdzam, że jest dużo, a nawet bardzo dużo firm, których managerowie i zespoły mają w sobie odwagę pracować na rzecz tego, aby było lepiej niż jest dzisiaj. Co ciekawe, nie spodziewają się, że wszystko będzie szło idealnie, dają sobie prawo do tego, żeby upaść, potaplać się w błocie, a nawet porzucać w siebie tym błotem, by następnie podać sobie rękę, pomóc wstać, oczyścić się i iść dalej. I ta droga już później jest inna. Wcale nie oznacza, że będzie lekka, ale będzie bardziej prawdziwa, bez udawania, zakładania masek. Będzie tam więcej rozumienia a nie oceniania, zaufania a nie kontrolowania. Może być dobrze – do tego zmierzam. Nie daj sobie wmówić, że w twojej branży, firmie, zespole nic się nigdy nie zmieni i zadowolenie z pracy nigdy się nie pojawi… W takim podejściu na pewno nie, ale zmieni się, jeśli uznasz, że…

2. Nad jakością współpracy trzeba codziennie pracować i za to odpowiada każdy w zespole a nie tylko szef. Wiem, że ryba psuje się od głowy, że jak top management pracuje nad sobą, to zwiększa to szanse na to, aby w zespołach ludzie czuli się docenieni, by mieli satysfakcję, by chciało im się pracować i tak dalej… Ale wierz mi, że pracownicy potrafią też podkładać szefom kłody pod nogi. Jak? Testują, jak długo wytrzyma narzekanie, nie powiedzą „dziękuję” za to, że mają to, o co prosili, nie wspomnę już o szczerym pokazaniu, że czują zadowolenie z pracy – bo przecież są pracownikami, to im się należy, czyż nie? Oczekują, że szef domyśli się, czego potrzebują czy tego, co im nie odpowiada – bo jakże inaczej, szef jest uzbrojony w ponadludzkie zdolności, prawda? Otóż nie… Szef jest takim samym człowiekiem jak ty czy ja i do tego, żeby było dobrze w zespole, potrzebuje twojego zaangażowania, pracy na rzecz wspólnego celu. Nie chodzi mi o to, żeby nie mieć oczekiwań wobec przełożonego (to zupełnie inne zagadnienie), ale o to, aby przede wszystkim myśleć przez pryzmat tego, co ja z siebie dziś dam dla szefa, zespołu i moich klientów? Co zrobię lepiej a jakich zachowań nie będę potęgować? Wiem, że nie brzmi to wygodnie, bo łatwiej jest wymagać od innych, ale tylko postawa „wymagam wpierw od siebie” ma sens, bo tylko na nią – na siebie – masz wpływ… Zostaw innych a zajmij się sobą. Kiedy każdy to w zespole zrobi, dopiero wówczas będzie miejsce na zmiany i zadowolenie z pracy, bo każdy tworzy zespół a nie tylko szef…

3. Życie to ciągłe podejmowanie decyzji i gotowość na to, że sprawy nie będą szły zgodnie z planem. Należę do tych osób, które lubią mieć wszystko zaplanowane. Nie boję się zmian, ale jeśli mogę czemuś nadać ramy, daje mi to poczucie komfortu pracy. Po przylocie do Polski okazało się, że moje zawodowe plany nie będą odpowiadać rzeczywistości. Potrzebowałam dużo więcej czasu i energii poświęcić na sprawy prywatne. Oliwy do ognia dolał jakiś wirus, w walce z którym nie miałam żadnych szans. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo się rozchorowałam. I w przeszłości próbowałabym jakoś łapać te dziury – odwołane spotkania, niespełnione oczekiwania znajomych co do czasu, którego dla nich zwyczajnie nie miałam. Tym razem świadomie przyjęłam, że skupiam się na tym, aby dać z siebie tyle, ile mogę, na to, co dla mnie najważniejsze, a resztę zwyczajnie odpuścić i to bez żadnych wyrzutów sumienia. Kolejny raz się przekonałam, że życie to nieustanne podejmowanie decyzji wobec tego, co jest moim priorytetem. Życie to też odwaga do mierzenia się z konsekwencjami swoich decyzji, bo z moimi decyzjami nie będzie każdemu po drodze i wielu z pewnością Cię o tym poinformuje.

4. Są ludzie lojalni wobec ciebie i ludzie lojalni względem potrzeb, które mają wobec ciebie. A kiedy ich potrzeby się zmienią, to i ta lojalność zmieni swój kierunek. Mój ostatni pobyt w Polsce był sprawdzianem wobec tego, jakich ludzi mam wokół siebie i czy umiem odróżnić jednych od drugich. Przekonałam się, kto jest moim prawdziwym przyjacielem i że jeśli jest to przyjaciel, to żadna odległość nie będzie problemem, by wspierać, rozumieć i być obok. Doświadczyłam również tego, że…

5. Jeśli naprawdę wierzysz w to, co robisz, będą wokół Ciebie osoby, które będą Cię w tym wspierać i pomagać czuć zadowolenie z pracy. Poczułam to mocno i na szkoleniu dla Klientów – trenerów, konsultantów HR, którzy w pracy wykorzystują nasze badania kompetencji, ale i w spotkaniu z moim Zespołem. To było nasze pierwsze spotkanie w takim gronie, bo na co dzień mieszkamy w różnych częściach świata. Spotkałyśmy się w moje urodziny i na żywo dostałam od nich pełną akceptację tego, kim jestem i zrozumienie tego, co robię w ramach EFFECTIVENESS. Powiedziały: Chcemy życzyć Ci, aby Twój błysk w oku i zapał do pracy i zmieniania świata na lepsze nigdy nie wygasły…

Mam w sobie dużo wdzięczności za to, co dostaję od Zespołu. Biorę sobie do serca te słowa i już kończę, i wracam do pracy, by ta nasza zawodowa rzeczywistość mogła być każdego dnia lepsza – bo może być…

Millenialsi, kto jest winny temu, że tak często zmieniają pracę?

Nie tak dawno usłyszałam od klienta: Ania, zobacz, kolejne CV, kolejny Millenials i co? Co kilka miesięcy zmienia pracę. Mam kilku dobrych kandydatów, ale muszę się liczyć z tym, że jak zatrudnię kogoś, to tylko na chwilę. Millenialsi…

W social mediowej dyskusji, w której brałam udział, czytam komentarz Pani Profesor, wykładowcy na studiach MBA: Musimy się po prostu pogodzić z tym, że Millenialsi wielokrotnie w swoim życiu zmienią pracę i nie ma co się tym przejmować. Po tym komentarzu to chyba byłam już purpurowa, bo jeśli takie mądrości sprzedaje się przedsiębiorcom, to powiem jedno: szkoda mi tych młodych ludzi, bo mają marne szanse na zmianę wizerunku. I nas, pracodawców też mi szkoda, bo jeśli będziemy bezrefleksyjnie przyjmować te „prawdy”, to zaleje nas fala frustracji a na pewno nie pomoże to w tym, aby zgadzał się wynik, za który odpowiadamy. O tym, co myślę o tym całym rynku pracownika, pisałam już TUTAJ, stąd, pomyślałam, że tym razem głos oddam samym Millenialsom, których zaprosiłam do współpracy, zespołu, który buduję w swojej firmie.

Oto Marcelina, w EFFECTIVENESS od 15 miesięcy:
Według mnie Millenialsi bardzo cenią sobie to, jak się w swojej pracy czują, czy wykonują ją z przyjemnością i zadowoleniem, czy ich otoczenie w pracy jest przyjazne, a zespół zgrany i proaktywny. Są jednak takie miejsca pracy, w których takich potrzeb w ogóle nie bierze się pod uwagę, a nawet nie ma się świadomości o ich istnieniu. A Millenialsi często nie są jedynie skupieni na tym, ile zarabiają, jakie stanowiska obejmują i jak szybko mogą liczyć na awans. Są to osoby świadome tego, że w pracy spędzają bardzo dużo czasu i wiele z nich po prostu nie chce, żeby ten czas był czasem straconym na wykonywanie nielubianych obowiązków.

Większość pracodawców w moich poprzednich miejscach pracy nie miało pojęcia, że praca może być czymś więcej niż tylko comiesięczną pensją. Nie wynikało to z ich ignorancji, ale tego, że po prostu tak zostali wychowani, w takim świecie dorastali i kiedy oni byli młodzi to zarabiane pieniądze było najważniejszym aspektem życia zawodowego. Tak było z ich rodzicami i dziadkami, więc także takie podejście sami reprezentowali. Przekładali swoje wartości i potrzeby na swoich młodych pracowników, zupełnie ich nie rozumiejąc i główkując „o co tym młodym chodzi”. Dla nich spadek motywacji u młodego pracownika był objawem lenistwa i arogancji. I chociaż czasem tak bywało, bo przecież wśród każdej grupy wiekowej są osoby po prostu leniwe, to jednak równie często miało to inne podłoże. Młodzi pracownicy szybko się wypalali, widząc, że ich szef np. nie bierze pod uwagę ich propozycji na usprawnienie pracy lub ignoruje ich potrzebę work-life balance i od miesięcy każe im spędzać w pracy każdy weekend.

Oczywiście są tacy Millenialsi, dla których faktycznie najważniejsza jest suma, jaka co miesiąc wpływa na ich konto, ale wielu z nich poczucie spełnienia i rozwoju przedkłada ponad finansowe wynagrodzenie Według mnie właśnie te niezrozumienie potrzeb młodych pracowników często doprowadza do tego, że odchodzą oni z pracy niedługo po zatrudnieniu. Z własnego doświadczenia wiem, że wolę zmienić niekorzystne dla mnie warunki od razu, jeśli tylko nie widzę żadnych szans na ich poprawę, niż tkwić w nielubianym miejscu pracy tylko ze względu na poczucie bezpieczeństwa. Myślę, że w dzisiejszych czasach młodzi ludzie mniej boją się zmian i ryzyka i nie przeraża ich poszukiwanie pracy, bo wiedzą, że w dzisiejszych czasach o pracę jest o wiele łatwiej niż kiedyś.

A Jula, która pracuje z nami od 8 miesięcy, dodaje:
Moim zdaniem trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie: „Dlaczego Millenialsi tak często zmieniają pracę?” doszukując się winy albo po stronie pracodawcy, albo pracownika. Często bywa tak, że poznając obraz jakiejś sytuacji z perspektywy osoby numer 1, w jednym momencie możemy stać się wrogiem osoby numer 2, nawet nie znając jej punktu widzenia. Jednak, gdy zdecydujemy się na rozmowę z osobą numer 2, to dopiero wtedy otwierają nam się oczy i uświadamiamy sobie, że rację mogą mieć obie strony, tylko patrzą na daną sytuację z innej perspektywy. Nie dopuszczając do siebie myśli, że można na coś spojrzeć z innego punktu widzenia, myślimy wąskotorowo, nie pozwalając sobie na poszerzanie horyzontów.

Zanim zaczniemy opowiadać się za jedną ze stron w sposób zdecydowany i krytyczny, powinniśmy pamiętać, że każda sytuacja czy każdy konflikt ma drugie dno. Nie szufladkujmy i nie dopisujmy sobie swoich teorii i na temat młodego pokolenia, i dzisiejszych pracodawców bez dokładnego poznania całej sytuacji z różnych perspektyw. Życie potrafi zaskoczyć.

Czy można prosić o lepszy komentarz?

Różnorodność w zachowaniu z przymrużeniem oka

To, że ludzie są różni, wiemy już doskonale. Ale czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak wyglądałby świat, gdyby ludzie byli tacy sami? Istny koszmar na drogach albo niedokończone wieżowce to tylko przykłady tego, że gdyby nie różnorodność, nie ze wszystkim byśmy sobie poradzili. Oto jak żyłoby się w świecie zdominowanym przez osoby bardzo do siebie podobne. Od razu zaznaczam, że przedstawiam Ci to trochę w przejaskrawionych barwach. Podejdźmy do tego z dystansem 😉

Zacznijmy od osób, których styl zachowania opiszemy jako dominujący, czyli styl D w modelu DISC, typowy dla 3% populacji. Tutaj słowo klucz to: EFEKTYWNOŚĆ. Wszystko kręci się wokół realizacji celów a stagnacja postrzegana jest jako faux paux. W takim świecie wiele rzeczy jest dokończonych, bo styl D obiera sobie cel i dopóki go nie osiągnie, nie ustaje w działaniach. A jak tu wygląda sytuacja na drodze? Jeżeli wydaje Ci się, że bez problemu włączysz się do ruchu, to jesteś w błędzie. D nie wpuści Cię ot tak i zasada „na suwaczek”, czyli przepuszczanie się na zmianę, wcale tu nie działa. Efektem tego są niewyobrażalne korki, co z kolei doprowadza D do szału, bo jak wiadomo ci nienawidzą tracić czasu.

Przejdźmy teraz do zupełnie innej rzeczywistości, w której najlepiej, aby poniedziałek nigdy nie nadchodził, bo to może się wiązać z ograniczonym czasem na towarzyskie rozmowy. Zaczyna się dobrze, nie? 🙂 Motta wypisywane na murach to: „Piękno ponad funkcjonalność” i „Kreatywność ponad nudę i pesymizm”. Emocje są najważniejsze a rozmowy nie mają końca. Nikt nie czuje się wykluczony ani niedoceniony. Konflikty pojawiają się raczej rzadko, bo lepiej coś przegadać, aniżeli się kłócić. A co z miłością? W tym świecie jest idealna. Ale skoro poniedziałek nigdy nie nadchodzi, to kiedy jest czas na pracę? I tu właśnie zaczynają się schody. W tym świecie dopięcie projektu na czas nie jest aż tak kluczowe. To właśnie tutaj mosty są wybudowane do połowy i to nie dlatego, że mieszkańcy nie chcą ich dokończyć. Wręcz przeciwnie! Bardzo im na tym zależy, ale zwyczajnie mają już w głowie inne pomysły, którymi chcą się zająć. I jak? Wiesz kto rządzi tym światem? Tak! Masz rację, styl I (Wpływowy) 🙂 Różnorodność… lecimy dalej.

Słowem kluczem w świecie S (styl stały) jest BEZPIECZEŃSTWO. Współczynnik przestępstw jest równy zero.

Ludzie szczerze troszczą się o siebie nawzajem. Komunikacja? Wiadomo. Nikt na siebie nie krzyczy, wszyscy są mili i uprzejmi. W tym świecie jedną z najgorszych katastrof jaka może się przydarzyć to ZMIANA. Mieszkańcy świata S panicznie się jej boją. Zmiana oznacza jakąś niepewność, a niepewność niesie strach. Tutaj nikt nie chce czuć niepotrzebnego napięcia, więc na co dzień ludzie unikają zmian. Ale powiedzmy sobie wprost. Nie da się żyć w świecie, gdzie wszyscy są uprzejmi. Wyobraźcie sobie sytuację na drodze… Tak jak D nie przepuszcza nikogo, tak S przepuszczają się bez końca: „Proszę, jedź”, „Nie Tyyy jedź”, „Nie, Ty pierwszy, nalegam!” i tak w kółko. Kolejnym problemem jest też fakt, że S-ki „duszą” wiele w sobie, żeby nie wprowadzać negatywnej atmosfery, co ostatecznie może prowadzić do ukrytej agresji, jeśli coś im nie będzie odpowiadać. Chowana w środku frustracja wcześniej czy później da o sobie znać.

Ostatni obraz na dziś: świat C (Sumienny). Słowo klucz? JAKOŚĆ. Dokładność jest najważniejsza, a żeby ją osiągnąć, trzeba się skupić, a żeby się skupić, trzeba pracować w ciszy, czyli najlepiej samemu.W świecie C docenia się zdobycze technologii. Pod względem komunikacji panuje tu przekonanie, że lepiej mówić o faktach niż emocjach, a optymizm trzeba trzymać na wodzy, bo lepiej być przygotowanym na najgorsze. Sytuacja na drogach? Nie ma na co narzekać. Wszyscy stosują się do zasad, bo wychodzą z założenia, że te po prostu mają sens, stoją na straży porządku. Zatem wyobraźmy sobie, że nikt nie przekracza prędkości ani nie wyprzedza na trzeciego. Marzenie 🙂  Ale skoro jest tak dobrze, to gdzie tkwi haczyk? Po pierwsze człowiek jest stworzeniem stadnym i potrzebuje kontaktu z innymi. Po drugie, perfekcja nie toleruje błędów. Umówmy się, że popełnianie błędów to rzecz naturalna, a w tym świecie nie ma na to miejsca. Podsumowując, świat C nie zawsze pozwala człowiekowi być… człowiekiem.

I tak dobrnęliśmy do końca. Jaki jest z tego wniosek? Widać, że w każdym z tych światów jest coś lepszego i coś, co je ogranicza. Kiedy te wszystkie światy połączymy, to co otrzymamy? Otrzymamy świat, różnorodność, w której teraz żyjemy. Świat, w którym wszyscy się uzupełniają i dzięki temu możemy osiągać to, co wydaje się nieosiągalne. Możemy mierzyć tak wysoko, jak tylko sobie wymarzymy, ale potrzebujemy wiedzieć, jak tę naszą różnorodność wykorzystać. Sama wiedza, że ludzie są różni, to dopiero początek. Teraz zostaje nam przełożenie wiedzy na działania. Bo to, że wiemy to jedno, ale prawdziwa mądrość bierze się z tego, że zaczniemy z tej wiedzy korzystać.

Ocenianie – dlaczego wciąż to robimy i jak sobie z tym poradzić? Oto challenge umysłu

Autorką tego tekstu jest Julia Góra, którą mamy zaszczyt mieć w zespole EFFECTIVENESS. Jula jest autorką tekstów na tym blogu w kategorii: spełnienie.

Zdarzyło Ci się przyłapać swój umysł na tym, że patrząc na kogoś, myślisz wpierw o tym, co ten ktoś ma nieidealne? Obserwujesz osoby w pracy czy w drodze do pracy i w głowie tylko masz to co negatywne? Jeśli choć na jedno pytanie padła odpowiedź TAK, ten tekst jest dla Ciebie!

Podróżując metrem, rozładował mi się telefon, więc musiałam w końcu odkleić wzrok od tego małego, przebiegłego ustrojstwa. Wyczekując stacji docelowej, podniosłam wzrok i zawiesiłam go tam, gdzie akurat coś przykuło moją uwagę. Złapałam się na tym, że patrząc na moich współtowarzyszy podróży, zaczęłam ich oceniać. Nie myślałam o niczym innym, tylko o tym, jak można ubrać się tak a nie inaczej albo jak można założyć takie buty do takiej kurtki. Znasz to? W pewnym momencie zaczęło to być bardzo męczące i zwyczajnie denerwowało, bo ja, osoba, której zależy na pozytywnym myśleniu i rozsiewaniu wokół raczej radości, byłam wtedy bardzo negatywna. Pomyślałam sobie, że taka postawa może być gubiąca i stać na przeszkodzie do doceniania małych rzeczy w szarej rzeczywistości. I wtedy starsza pani, ta która nie wyglądała jak z okładki kolorowego magazynu, głośniej się zaśmiała i otworzyła mi tym samym oczy. Za tymi, tak bardzo według mnie niepasującymi do siebie ubraniami, zobaczyłam człowieka. Bardzo radosnego człowieka, który pomimo swojego wieku potrafi się tak spontanicznie ucieszyć.

Ale po co ja to właściwie piszę? Chodzi mi o to, że w dzisiejszym świecie przywykliśmy do oceniania i wydawania osądów, jakbyśmy mieli pełne prawo mówić o kimś źle. Ale czy po paru wymienionych zdaniach, mailach czy spojrzeniach jesteśmy w stanie stwierdzić, kim naprawdę jest ten drugi człowiek? To co mamy do zaoferowania, kryje się w nas, tam w środku i zwykle potrzeba czasu i zainwestowania w relację, aby to odkryć. Swoją oceniającą postawą można zranić ludzi wokół, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Siedząc na spotkaniu, powiesz do kolegi obok: „Matko, co on znowu bredzi. Chyba zwariował…” albo skomentujesz: „Jak można zostawić stos brudnych naczyń na biurku?! Koniec świata!”. Ciebie kosztuje to całe nic, ale drugą osobę nawet takim niby niewinnym tekstem możesz dotknąć. Kto wie, może dziś ma dzień, w którym już nic negatywnego nie jest w stanie udźwignąć? Nie znasz jej historii, stąd najlepszym rozwiązaniem jest czasem się powstrzymać i nie mówić nic…?

Ocenianie – komu to przychodzi z łatwością?

Znam osoby (czyli szczególnie styl zachowania C w modelu DISC), które pomimo tego, że robią coś, co naprawdę podoba się setkom ludzi, to i tak jak dostaną chociaż jeden negatywny komentarz, przez cały dzień zastanawiają się, co zrobili źle, że właśnie tej osobie to się nie spodobało. Ta rzesza ludzi, która kibicuje i motywuje do działania, idzie trochę w odstawkę, bo cały umysł ogarnia ten jeden hejt. Co tu kryć, ja też należę do takich ludzi, czyli zawsze widzę przestrzeń, w której mogłam zrobić coś jeszcze lepiej, inaczej i potem tylko siedzę i się zadręczam. Wiem, jak nie lubię oceniania. Rzucone ot tak, bez pokrycia, może zaboleć… I też dlatego wiem, jak bardzo należy pracować na sobą, żeby innym nie robić tego samego. O ile przyjemniej będzie nam w takiej pracy, w której nie czujemy się oceniani (czym innym jest konstruktywna krytyka) i możemy zachowywać się swobodnie, niż w takiej, gdzie ktoś obserwuje każdy nasz ruch, by przyłapać na tym, co nam nie wyjdzie?

Ocenianie – tego można się oduczyć, czyli challenge umysłu

Zauważ, że projekt, który leży na biurku, nie spojrzy krzywo i nie powie, że masz brzydki makijaż, czy że Twój krawat znów nie pasuje do koszuli. To powiedzą ludzie, więc środowisko jakie sobie stworzymy, zależy tylko i wyłącznie od nas. Dlaczego chociaż nie postarać się działać dla wspólnego dobra? Nie jest prosto, wiem to, ale nie znaczy, że mam rozłożyć ręce i czekać, aż ktoś inny zrobi piewszy krok.  Właśnie dlatego wprowadziłam w życie challenge umysłu, żeby nigdy nie być tym jednym hejtem, który tak bardzo potrafi namieszać w życiu innych.

Głęboko wierzę, że 10 dni wystarczy na zmianę nawyku, choć wiele teorii mówi, że potrzeba na to 3 tygodni. Ocenianie innych to nic innego jak kolejny nawyk; więc tak jak go nabywamy, tak samo można się go oduczyć. Żeby ograniczyć liczbę negatywnych myśli i komentarzy, prowadziłam swój challenge umysłu przez właśnie 10 dni. Postawiłam sobie wyzwanie. Jak tylko pomyślę o kimś źle, to w ciągu 5 sekund u tej samej osoby muszę koniecznie znaleźć coś pozytywnego. Po paru takich akcjach złapałam się na tym, że pierwsze co robię, to myślę właśnie o czymś pozytywnym, zanim zdążę się wciągnąć w negatywny tryb. Najtrudniejsze w tym ćwiczeniu jest to, że robisz to sam ze sobą, nawet nic nie wypowiadając na głos. Musisz się więc naprawdę skupić i postarać, a przede wszystkim chcieć coś w sobie zmienić, żeby ten challenge zakończyć długodystansową zmianą!

Zachęcam Cię do challengu umysłu, bo on naprawdę zmienia nasze nastawienie, dzięki czemu jesteśmy spokojniejsi, bo nie zawracamy sobie głowy niepotrzebnymi bzdurami i jesteśmy w stanie skupić się na tym, co istotne:). A ocenianie? Szybko o tym zapomnisz…

Jak krytykować z klasą?

Jesteśmy krytykowani – przez szefów, partnerów, znajomych i uwaga, nierzadko sami sobie nieźle „dokładamy”. A w dobie rozwiniętych technologii mam wrażenie, że o tę krytykę w stosunku do innych jeszcze łatwiej – bo nie trzeba spojrzeć w oczy, wystarczy napisać wiadomość lub zostawić post w social media i po sprawie, a niech ma, a niech wie, jaki jest, a niech sobie myśli, co chce, a niech wreszcie zacznie myśleć i działać inaczej, a niech pozna moje zdanie, bo przecież wokół mówią: „Nie trzymaj w sobie tego, co myślisz, mów o swoich uczuciach” etc.

Jesteśmy krytykowani i mniej lub bardziej sami krytykujemy. Nie zamierzam dziś wybielać krytyki, bo uważam, że wybielania nie potrzebuje. Krytyka sama w sobie jest dobra, o ile udzielasz jej z właściwych powodów, we właściwym czasie i we właściwy sposób. Podzielę się z Tobą nie tyle książkową wiedzą, a tym, czego doświadczenie i praca z mądrzejszymi ode mnie w tym temacie mnie nauczyła.

Czytaj dalej Jak krytykować z klasą?

Rynek pracownika to dobra wymówka?

„Gdybyś słyszała o kimś na stanowisko „xyz…”. Dziś tak trudno o dobrego pracownika… Mamy rynek pracownika, tak źle jeszcze nie było w kwestii pozyskiwania ludzi… Z młodymi nie jest lekko, sama wiesz, prawda?” Słyszę to często. Staram się być uważna na potrzeby znajomych, klientów, wsłuchiwać się w ich bóle, poczuć to, co przeżywają, zderzyć to ze swoim doświadczeniem, ale jednocześnie nie lubię użalać się nad tym, na co nie mam wpływu. I tak powstały moje dzisiejsze przemyślenia. Na rynek pracownika spojrzę z życzliwością, najlepszą intencją, ale bez ściemy i głaskania po głowie…

Pierwsza myśl – Przejmij kontrolę. Bierz sprawy w swoje ręce a nie poddawaj się medialnym i towarzystkim podrzegawaniom tematu o rynku pracownika (Nie dyskutuję z faktami, statystykami. Tak, pracowników wcale nie przybywa. I skoro nie przybywa, to znaczy, że musimy o nich naprawdę zadbać). Dodatkowo, dziś potrzebujemy szczególnej dojrzałości, by konstruktywnie odnieść się do informacji, które do nas docierają. Jesteśmy tak czuli na różne hasła polityczne, w mig czujemy manipulację, tanie gadanie. Nie dajmy sobą manipulować w kwestii pracowników. Na hasło, że młodzi przynajmniej kilka razy w życiu zmienią pracę, odpowiedzmy konstruktywnie, tak jak byśmy podchodzili do każdej innej strategii biznesowej. Na przykład, skoro młodzi mają odwagę podejmować decyzje o zmianie pracy (a mają, bo tak zostali wychowani – „jesteś wyjątkowy, przed Tobą morze możliwości” etc.), technologia, z którą się wychowali, uczy prostego mechanizmu „nie pasuje mi – zmieniam”, to znaczy, że mam zrozumieć, co takiego powoduje, że nie chcą z nami pracować. Litości, nikt ot tak nie zmienia pracy, jeśli jest mu dobrze. Dodatkowo, 55% pracowników to styl zachowania S (w modelu DISC). To osoby, które nie lubią nagłych zmian i się na nie nie zdecydują, kiedy nie będzie im w danym miejscu najgorzej (co nie oznacza, że nie będą narzekać). Zostaw to, jak jest źle… Jeśli jest źle, to potraktuj to jako konkretną informację o tym, że coś się dzieje i szukaj rozwiązania (w tym pomoże Ci diagnoza D3). Nie czekaj aż coś się w firmie, zespole zawali… Każdy dzień zwlekania to strata czasu, pieniędzy, potencjału pracowników i organizacji.

Druga myśl. Nie szukaj winnych w pracownikach (uwaga: nie oznacza, że są święci, sic!). Byłam pracownikiem, szefem zespołu… Dziś jestem i przedsiębiorcą, i szefem, i to co za chwilę napiszę, to nie są żadne teoretyczne rozważania. Otóż, z przerażeniem obserwuję, jak łatwo nam (i mi samej w przeszłości) przerzucać winę na „młodych” za braki w naszych kompetencjach liderskich. Pracownicy odchodzą, bo nie czują się docenieni, bo MY, szefowie, MY firmy, nie stworzyliśmy im warunków ku temu, aby chcieli z nami pracować. Na rynku mamy nowe pokolenie pracowników. To jest fakt, więc nie spodziewajmy się, że dotychczasowe metody zarządzania będą działać. Nawet karta SIM w Twoim telefonie po latach wymaga wymiany, więc chyba strategia zarządzania również, prawda? Kiedyś mówiłam, że „ze mną nie trzeba było postępować jak z jajkiem, nade mną nikt nie stał, sama musiałam się tego nauczyć” etc. Jasne, tylko że dziś śmiało mogę powiedzieć, że to jak byłam traktowana, nie było niczym, czym się można szczycić. To nie było dobre, po prostu. Wiem, że można inaczej, że nie muszę powielać schematów zachowań tych szefów, którzy dla mnie nigdy nie byli autorytetem, o których dziś nie chcę nawet wspominać. Jeśli nie zmienisz podejścia, postawy z protekcjonalnej na postawę liderską, która zakłada, że to Ty jesteś dla pracownika, że to Ty jesteś odpowiedzialny za jego rozwój, to żadne szkolenie managerskie nie przyniesie spodziewanych efektów, a „rynek pracownika” Cię zje. Wpojono mi, że ludzie odchodzą, to norma, a jako manager mam wymagać, oczekiwać, dbać o to, aby klient był zadowolony. Jasne, tylko że wiele osób odeszło przeze mnie, przez mój brak kompetencji w tamtym czasie i zrzucanie winy na pracowników byłoby zwykłą dziecinadą.

Trzecia myśl: Masz prawo nie wiedzieć, co z tą sytuacją zrobić, od czego zacząć. I to też jest ok. Ja też tam byłam. Zapracowana, rozczarowana, nieusatysfakcjonowana na takim poziomie na jakim bym chciała. I zaczęłam sama szukać, co mogę zrobić inaczej. Szukaj, czytaj (po to napisałam książkę „Everest lidera”), pytaj, próbuj nowego podejścia, pozwól sobie popełniać błędy, ucz się na nich i bądź coraz lepszym szefem, współpracownikiem, ale przede wszystkim człowiekiem – to od tego się wszystko zaczyna i na tym kończy. A wówczas rynek pracownika przestanie mieć takie wielkie oczy… Nie zniknie ot tak, to jasne, ale nie przejmie nad Tobą kontroli…