Różne wartości w zespole to źródło konfliktów?

Dlaczego ludzie podejmują takie a nie inne decyzje? Jak to możliwe, że osoba, którą niby znasz, „wyskakuje” z pomysłem, który Tobie by nawet nie przeszedł przez myśl? Otóż, przyczyną są różne wartości i dziś opowiem Ci o tym, jak te różne wartości bruździły w moim zawodowym życiu i co możesz zrobić, aby nie potęgowały trudnych sytuacji w zespole.

Zdiagnozowanie moich wartości pomogło mi zrozumieć, dlaczego w przeszłości byłam tak wybuchowa, poruszona, obruszona, kiedy ktoś nie trzymał się ustaleń i danego słowa. Odkrywcze było dla mnie również to, że zrozumiałam, jakim też byłam trudnym do współpracy managerem. W badaniu kompetencji D3 (w sekcji VALUES, która mierzy poziom intensywności wartości, które mają znaczenie dla efektywności w środowisku pracy) moją dominującą wartością jest Lojalność. Jest to nic innego jak właśnie działanie w zgodzie z danym słowem, wywiązywanie się z zobowiązań, w tym z przyjętych celów. Lubię działać zgodnie z ustaleniami. Jestem lojalna względem tych, z którymi tworzę bliską relację, w tym niegdyś firmy, szefa.

I było to na spotkaniu managerskim. Firma pozyskała dużego klienta, stąd trzeba było „na już” zasilić zespół w innym dziale. „Ania, na dwa miesiące przesuniemy konsultanta z twojego działu, bo to projekt, na którym firma mocno nadgoni cel przychodowy” – powiedział mój szef. Pewnie aż purpurowa byłam ze złości, ponieważ było to wbrew praktykom, jakie dotąd panowały w firmie. Konsultant dedykowany jest danemu sektorowi (a zajmowałam się komunikacją dotyczącą zdrowia i różnych obszarów terapeutycznych), by mógł rozwijać kompetencje w danym obszarze, bo sprzedaje u nas właśnie eksperckość. I ja też go potrzebowałam do dalszej sprzedaży. A dodatkowo, bardzo też dbałam o mój zespół, który cenił sobie to poczucie bezpieczeństwa i brak nagłych zmian, co im zapewniałam. Takie osoby miałam w ówczesnym zespole.

Trudno było mi zrozumieć, jak mój szef nie rozumie moich racji, skoro jak dotąd nie zawiodłam go w biznesie, a on nie mógł pojąć, dlaczego ja się tak upieram, skoro mamy wspólny cel oraz dlaczego nie możemy dojść do porozumienia w tej kwestii, skoro w innych dogadujemy się bez słów. I kiedy to czytasz, to wierzę, że możesz sobie pomyśleć, gdzie ja widziałam problem, że może nie jestem graczem zespołowym. Otóż, ja jestem graczem zespołowym i zupełnie nie to było źródłem napięcia. To napięcie generowałoby właśnie różne wartości. Osoby, które mają wysoką Lojalność, jak w coś mocno wierzą, jeśli na coś się umawiają, to zwyczajnie chcą się trzymać poczynionych ustaleń, koniec kropka. Tak, jesteśmy najbardziej lojalnymi członkami zespołu, ale naszym potencjalnym ograniczeniem jest opór, który zademonstrowałam na spotkaniu. Jeśli masz podobnie do mnie, to z pewnością wiesz, że łatwiej byłoby mi się zgodzić na zmianę, gdybym usłyszała: „Ania, wiem, że umówiliśmy się na to, że w tym roku nie przesuwamy konsultantów między działami, ale pojawiła się sytuacja, która może tego wymagać. Potrzebuję twojego wsparcia w tym, abym znaleźć wspólnie rozwiązanie”. Co bym odpowiedziała na to, że ktoś zauważa, rozumie, co jest dla mnie ważne? „Jasne, pogadajmy”. To by zamknęło usta mojej „lojalności” i byłabym w firmie najlepszym ambasadorem tej zmiany. Z drugiej strony, kiedy to się wydarzyło, ja nie wiedziałam, że jest coś takiego, jak wartość, która stoi za moimi decyzjami i że coś, co jest dla mnie ważne, nie musi być w równym stopniu ważne dla innych. Nie rozumiałam, że można postępować inaczej, a każde odstępstwo od tego oceniałam. To, że lojalność mam tak wysoką to jest dobre, bo każda wartość jest dobra. Ale odkąd wiem, że to ona napędza moje działania i że są też inne, różne wartości, jak uczciwość, równość czy niezależność, to inni mogą podejmować zupełnie inne decyzje. A podejmując je, wcale nie chcą mi uprzykrzyć życia, tylko podejmują je w zgodzie z tym, w co oni uznają za słuszne.

Zrozumiałam również, że to, że ja się kieruję jakąś wartością nie oznacza, że tak jest i tyle. Kiedy jestem tego świadoma, zatrzymuję się i zastanawiam, czy to jest to, czego zespół właśnie potrzebuje, czy to jest dobre również dla innych. Chcąc czy nie chcąc, skoro jestem w danym zespole, to obowiązuje mnie wspólny cel (o 5 zasadach pracy zespołu pisałam w „Evereście lidera”) i zwyczajną też przyzwoitością byłoby zauważenie drugiego człowieka, z którym pracuję. Dziś wiedząc, że naturalnie przychodzi mi odwoływanie się do ustaleń i mogę być w tych kwestiach uparta, to też wiem, że praca z innymi wymaga elastyczności. I we wspomnianej sytuacji, wiedząc to dziś wszystko o sobie, powiedziałabym: „Rozumiem, że projekt wymaga przesunięcia konsultanta. Dla mnie trzymanie się ustaleń jest bardzo ważne, stąd chciałabym, abyśmy sobie potwierdzili bardzo konkretnie, w jakim terminie dana osoba będzie pracować dla innego działu i dodatkowo, chciałabym cię prosić o to, abyś o zmianach w ustaleniach mówił mi, jak tylko dowiesz się o nich. Pozwoli mi to również przygotować zespół na zmianę. Czy możemy się tak umówić?”. Jak widzisz, nie zagrzebuję tego, co dla mnie ważne. Komunikuję, jakie zachowania są dla mnie istotne, bo druga strona wcale nie musi mieć tak samo właśnie z uwagi na różne wartości. Nie rezygnuję z wierności swojej lojalności, ale ona nie może być również wymówką dlatego, abym trwała przy swoim tylko dlaczego, że to dla mnie ważne, jeśli na przykład pomoże to całemu zespołowi czy firmie w realizacji naszych celów.

Co zrobić, aby czuć zadowolenie z pracy? 5 lekcji z pobytu w Polsce!

I wróciłam… prawie na drugi koniec świata, do mojego amerykańskiego domu. W ciągu niespełna 3 tygodni w Polsce tak dużo się wydarzyło, tak wiele doświadczyłam, że pomyślałam, że warto podzielić się z Tobą tym, czego się nauczyłam na temat tego, co zrobić, aby czuć zadowolenie z pracy, swojego życia i tego, kim jestem. Otóż…

1. Dobrze wcale nie oznacza lekko. Poprowadziłam kilka szkoleń Group Dynamics, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że są firmy, zespoły, w których głową muru nie przebijesz i jeszcze wiele wody upłynie, zanim ich szefowie przetrą oczy i przekonają się, że jak nie zadbają o ludzi, to wcześniej czy później będą drżeć na widok spadającego zaangażowania i wyników lecących na łeb na szyję. Ale jednocześnie z dumą potwierdzam, że jest dużo, a nawet bardzo dużo firm, których managerowie i zespoły mają w sobie odwagę pracować na rzecz tego, aby było lepiej niż jest dzisiaj. Co ciekawe, nie spodziewają się, że wszystko będzie szło idealnie, dają sobie prawo do tego, żeby upaść, potaplać się w błocie, a nawet porzucać w siebie tym błotem, by następnie podać sobie rękę, pomóc wstać, oczyścić się i iść dalej. I ta droga już później jest inna. Wcale nie oznacza, że będzie lekka, ale będzie bardziej prawdziwa, bez udawania, zakładania masek. Będzie tam więcej rozumienia a nie oceniania, zaufania a nie kontrolowania. Może być dobrze – do tego zmierzam. Nie daj sobie wmówić, że w twojej branży, firmie, zespole nic się nigdy nie zmieni i zadowolenie z pracy nigdy się nie pojawi… W takim podejściu na pewno nie, ale zmieni się, jeśli uznasz, że…

2. Nad jakością współpracy trzeba codziennie pracować i za to odpowiada każdy w zespole a nie tylko szef. Wiem, że ryba psuje się od głowy, że jak top management pracuje nad sobą, to zwiększa to szanse na to, aby w zespołach ludzie czuli się docenieni, by mieli satysfakcję, by chciało im się pracować i tak dalej… Ale wierz mi, że pracownicy potrafią też podkładać szefom kłody pod nogi. Jak? Testują, jak długo wytrzyma narzekanie, nie powiedzą „dziękuję” za to, że mają to, o co prosili, nie wspomnę już o szczerym pokazaniu, że czują zadowolenie z pracy – bo przecież są pracownikami, to im się należy, czyż nie? Oczekują, że szef domyśli się, czego potrzebują czy tego, co im nie odpowiada – bo jakże inaczej, szef jest uzbrojony w ponadludzkie zdolności, prawda? Otóż nie… Szef jest takim samym człowiekiem jak ty czy ja i do tego, żeby było dobrze w zespole, potrzebuje twojego zaangażowania, pracy na rzecz wspólnego celu. Nie chodzi mi o to, żeby nie mieć oczekiwań wobec przełożonego (to zupełnie inne zagadnienie), ale o to, aby przede wszystkim myśleć przez pryzmat tego, co ja z siebie dziś dam dla szefa, zespołu i moich klientów? Co zrobię lepiej a jakich zachowań nie będę potęgować? Wiem, że nie brzmi to wygodnie, bo łatwiej jest wymagać od innych, ale tylko postawa „wymagam wpierw od siebie” ma sens, bo tylko na nią – na siebie – masz wpływ… Zostaw innych a zajmij się sobą. Kiedy każdy to w zespole zrobi, dopiero wówczas będzie miejsce na zmiany i zadowolenie z pracy, bo każdy tworzy zespół a nie tylko szef…

3. Życie to ciągłe podejmowanie decyzji i gotowość na to, że sprawy nie będą szły zgodnie z planem. Należę do tych osób, które lubią mieć wszystko zaplanowane. Nie boję się zmian, ale jeśli mogę czemuś nadać ramy, daje mi to poczucie komfortu pracy. Po przylocie do Polski okazało się, że moje zawodowe plany nie będą odpowiadać rzeczywistości. Potrzebowałam dużo więcej czasu i energii poświęcić na sprawy prywatne. Oliwy do ognia dolał jakiś wirus, w walce z którym nie miałam żadnych szans. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo się rozchorowałam. I w przeszłości próbowałabym jakoś łapać te dziury – odwołane spotkania, niespełnione oczekiwania znajomych co do czasu, którego dla nich zwyczajnie nie miałam. Tym razem świadomie przyjęłam, że skupiam się na tym, aby dać z siebie tyle, ile mogę, na to, co dla mnie najważniejsze, a resztę zwyczajnie odpuścić i to bez żadnych wyrzutów sumienia. Kolejny raz się przekonałam, że życie to nieustanne podejmowanie decyzji wobec tego, co jest moim priorytetem. Życie to też odwaga do mierzenia się z konsekwencjami swoich decyzji, bo z moimi decyzjami nie będzie każdemu po drodze i wielu z pewnością Cię o tym poinformuje.

4. Są ludzie lojalni wobec ciebie i ludzie lojalni względem potrzeb, które mają wobec ciebie. A kiedy ich potrzeby się zmienią, to i ta lojalność zmieni swój kierunek. Mój ostatni pobyt w Polsce był sprawdzianem wobec tego, jakich ludzi mam wokół siebie i czy umiem odróżnić jednych od drugich. Przekonałam się, kto jest moim prawdziwym przyjacielem i że jeśli jest to przyjaciel, to żadna odległość nie będzie problemem, by wspierać, rozumieć i być obok. Doświadczyłam również tego, że…

5. Jeśli naprawdę wierzysz w to, co robisz, będą wokół Ciebie osoby, które będą Cię w tym wspierać i pomagać czuć zadowolenie z pracy. Poczułam to mocno i na szkoleniu dla Klientów – trenerów, konsultantów HR, którzy w pracy wykorzystują nasze badania kompetencji, ale i w spotkaniu z moim Zespołem. To było nasze pierwsze spotkanie w takim gronie, bo na co dzień mieszkamy w różnych częściach świata. Spotkałyśmy się w moje urodziny i na żywo dostałam od nich pełną akceptację tego, kim jestem i zrozumienie tego, co robię w ramach EFFECTIVENESS. Powiedziały: Chcemy życzyć Ci, aby Twój błysk w oku i zapał do pracy i zmieniania świata na lepsze nigdy nie wygasły…

Mam w sobie dużo wdzięczności za to, co dostaję od Zespołu. Biorę sobie do serca te słowa i już kończę, i wracam do pracy, by ta nasza zawodowa rzeczywistość mogła być każdego dnia lepsza – bo może być…

Millenialsi, kto jest winny temu, że tak często zmieniają pracę?

Nie tak dawno usłyszałam od klienta: Ania, zobacz, kolejne CV, kolejny Millenials i co? Co kilka miesięcy zmienia pracę. Mam kilku dobrych kandydatów, ale muszę się liczyć z tym, że jak zatrudnię kogoś, to tylko na chwilę. Millenialsi…

W social mediowej dyskusji, w której brałam udział, czytam komentarz Pani Profesor, wykładowcy na studiach MBA: Musimy się po prostu pogodzić z tym, że Millenialsi wielokrotnie w swoim życiu zmienią pracę i nie ma co się tym przejmować. Po tym komentarzu to chyba byłam już purpurowa, bo jeśli takie mądrości sprzedaje się przedsiębiorcom, to powiem jedno: szkoda mi tych młodych ludzi, bo mają marne szanse na zmianę wizerunku. I nas, pracodawców też mi szkoda, bo jeśli będziemy bezrefleksyjnie przyjmować te „prawdy”, to zaleje nas fala frustracji a na pewno nie pomoże to w tym, aby zgadzał się wynik, za który odpowiadamy. O tym, co myślę o tym całym rynku pracownika, pisałam już TUTAJ, stąd, pomyślałam, że tym razem głos oddam samym Millenialsom, których zaprosiłam do współpracy, zespołu, który buduję w swojej firmie.

Oto Marcelina, w EFFECTIVENESS od 15 miesięcy:
Według mnie Millenialsi bardzo cenią sobie to, jak się w swojej pracy czują, czy wykonują ją z przyjemnością i zadowoleniem, czy ich otoczenie w pracy jest przyjazne, a zespół zgrany i proaktywny. Są jednak takie miejsca pracy, w których takich potrzeb w ogóle nie bierze się pod uwagę, a nawet nie ma się świadomości o ich istnieniu. A Millenialsi często nie są jedynie skupieni na tym, ile zarabiają, jakie stanowiska obejmują i jak szybko mogą liczyć na awans. Są to osoby świadome tego, że w pracy spędzają bardzo dużo czasu i wiele z nich po prostu nie chce, żeby ten czas był czasem straconym na wykonywanie nielubianych obowiązków.

Większość pracodawców w moich poprzednich miejscach pracy nie miało pojęcia, że praca może być czymś więcej niż tylko comiesięczną pensją. Nie wynikało to z ich ignorancji, ale tego, że po prostu tak zostali wychowani, w takim świecie dorastali i kiedy oni byli młodzi to zarabiane pieniądze było najważniejszym aspektem życia zawodowego. Tak było z ich rodzicami i dziadkami, więc także takie podejście sami reprezentowali. Przekładali swoje wartości i potrzeby na swoich młodych pracowników, zupełnie ich nie rozumiejąc i główkując „o co tym młodym chodzi”. Dla nich spadek motywacji u młodego pracownika był objawem lenistwa i arogancji. I chociaż czasem tak bywało, bo przecież wśród każdej grupy wiekowej są osoby po prostu leniwe, to jednak równie często miało to inne podłoże. Młodzi pracownicy szybko się wypalali, widząc, że ich szef np. nie bierze pod uwagę ich propozycji na usprawnienie pracy lub ignoruje ich potrzebę work-life balance i od miesięcy każe im spędzać w pracy każdy weekend.

Oczywiście są tacy Millenialsi, dla których faktycznie najważniejsza jest suma, jaka co miesiąc wpływa na ich konto, ale wielu z nich poczucie spełnienia i rozwoju przedkłada ponad finansowe wynagrodzenie Według mnie właśnie te niezrozumienie potrzeb młodych pracowników często doprowadza do tego, że odchodzą oni z pracy niedługo po zatrudnieniu. Z własnego doświadczenia wiem, że wolę zmienić niekorzystne dla mnie warunki od razu, jeśli tylko nie widzę żadnych szans na ich poprawę, niż tkwić w nielubianym miejscu pracy tylko ze względu na poczucie bezpieczeństwa. Myślę, że w dzisiejszych czasach młodzi ludzie mniej boją się zmian i ryzyka i nie przeraża ich poszukiwanie pracy, bo wiedzą, że w dzisiejszych czasach o pracę jest o wiele łatwiej niż kiedyś.

A Jula, która pracuje z nami od 8 miesięcy, dodaje:
Moim zdaniem trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie: „Dlaczego Millenialsi tak często zmieniają pracę?” doszukując się winy albo po stronie pracodawcy, albo pracownika. Często bywa tak, że poznając obraz jakiejś sytuacji z perspektywy osoby numer 1, w jednym momencie możemy stać się wrogiem osoby numer 2, nawet nie znając jej punktu widzenia. Jednak, gdy zdecydujemy się na rozmowę z osobą numer 2, to dopiero wtedy otwierają nam się oczy i uświadamiamy sobie, że rację mogą mieć obie strony, tylko patrzą na daną sytuację z innej perspektywy. Nie dopuszczając do siebie myśli, że można na coś spojrzeć z innego punktu widzenia, myślimy wąskotorowo, nie pozwalając sobie na poszerzanie horyzontów.

Zanim zaczniemy opowiadać się za jedną ze stron w sposób zdecydowany i krytyczny, powinniśmy pamiętać, że każda sytuacja czy każdy konflikt ma drugie dno. Nie szufladkujmy i nie dopisujmy sobie swoich teorii i na temat młodego pokolenia, i dzisiejszych pracodawców bez dokładnego poznania całej sytuacji z różnych perspektyw. Życie potrafi zaskoczyć.

Czy można prosić o lepszy komentarz?

Realizacja celów jest straszna? Jak to zrobić, żeby się udało?

Pewnego ranka weszłam na siłownię i oniemiałam. Wszystkie maszyny zajęte, prawie wszystkie bieżnie również, pot się leje litrami. W pierwszej chwili nie wiedziałam, co się stało?! Zniżka na karnety, czy kolejny challenge? Ale po chwili mnie oświeciło. Przecież to był styczeń, czyli szał na noworoczne postanowienia. W myślach uspokoiłam się, że ten szał nie potrwa za długo, bo z reguły z początkiem lutego, znów jest tu sporo miejsca. Zrobiło mi się przykro, że realizacja celów dla wielu osób kończy się tak szybko. Ja też kiedyś byłam w tym miejscu. W ferworze noworocznych postanowień planowałam jak szalona, a potem nic z tego nie wychodziło. W związku z tym zaczęłam próbować różnych sposobów na sukces, żeby w końcu się udało. I właśnie dlatego, dziś na podstawie moich błędów chcę razem z Tobą przeanalizować kwestie skutecznej realizacji celów. Zapraszam.

Zacznę od tego, że dla mnie te całe postanowienia niosą za sobą coś negatywnego. Z roku na rok wracają, często brzmiąc tak samo, przypominając, że nie zostały osiągnięte. Jest nam głupio, że jesteśmy słabi i niczego nie potrafimy doprowadzić do końca. Moim zdaniem, taka negatywna energia już na początku roku jest nam do niczego nie potrzebna. Dlatego zapomnijmy o postanowieniach noworocznych i podejdźmy do nich jak do zwykłej realizacji celów, bez zbędnej i negatywnej otoczki.

Oto błędna realizacja celów z przeszłości i moja recepta na sukces 🙂

  1. Oszukiwanie samego siebie…

Na początek wielokrotnie popełniony przeze mnie błąd, czyli stawianie celów, których gdzieś głęboko wcale nie chciałam realizować, ale myślałam, że…tak trzeba. Np. w xxx roku przebiegnę maraton, podczas, gdy tak naprawdę nie lubię biegać i nie sprawia mi to radości. Cel bez sensu. Dlatego niech u Ciebie znajdą się tylko niezbędne i przemyślane pozycje, które chcesz osiągnąć dla SIEBIE, a nie dla ludzi, którzy czegoś od Ciebie oczekują. Bo powiedzmy sobie wprost, jak bardzo będziesz zmotywowany celem ZOSTAĆ SZEFEM, kiedy tak naprawdę dobrze czujesz się na obecnym stanowisku a tylko chcesz komuś udowodnić, że jednak coś w życiu osiągnąłeś?

  1. Zapisz to!

Samo myślenie o celach może nie okazać się skuteczne. To, że powiedziałam sobie, że zrobię to i tamto nie sprawdziło się. Dlatego warto zapisać swoje cele z dwóch konkretnych powodów. Po pierwsze, wtedy przestają one być tylko marzeniami a stają się realne. Po drugie, po jakimś czasie jest do czego wrócić, aby sprawdzić swój postęp. Zatem wygospodaruj jedną stronę w swoim kalendarzu/notatniku, możesz użyć kolorowych długopisów czy naklejek i spisz dokładnie, jakie masz plany. Ale uwaga! Dopisz do każdego celu realną datę rozpoczęcia i końca realizacji. Nie bierz na siebie za dużo na raz, masz przecież wystarczająco dużo czasu, bo dobrze to wszystko zaplanowałeś 😉 Podobnie jest w pracy. Warto mówić o terminach na głos, bo wtedy oficjalnie przed zespołem, zobowiązujemy się ich dotrzymać.

  1. Wszystko muszę dopiąć natychmiast!

Na przykładzie postanowień noworocznych… Może to będzie dla Ciebie szok, ale rok ma 12 miesięcy i właśnie tyle czasu masz na realizację swoich noworocznych postanowień! Realizacja celów nie musi zakończyć się wraz ze styczniem. W zeszłym roku, przedostatni z celów udało mi się dopiąć pod koniec listopada i z dumą odznaczyłam go jako zrealizowany. Sumiennie dążyłam do niego małymi kroczkami, aż w końcu się udało! Niektóre rzeczy zwyczajnie potrzebują czasu.

  1. Po prostu odłóż to na chwilę

Wszystko chciałam zrobić tak, jak sobie zaplanowałam, co do dnia, co do godziny… Ale wszyscy wiemy, jak wygląda życie. Czasem wypadnie coś niespodziewanego na co nie mamy wpływu i wtedy trzeba się tym zająć i po prostu odpuścić inne kwestie. Nie zrozum mnie źle…nie odpuścić na zawsze, ale tylko na chwilę. Nie piętnuj się, że Ci nie wyszło i masz dwudniowe opóźnienie. Easy…To jeszcze nie koniec świata!

  1. Jak doprowadzić sprawę do końca?

Jeżeli już mam konkretną listę celów, przychodzi czas na zastanowienie się, czego potrzebuję, żeby udało mi się je osiągnąć. Bardzo długo nie wierzyłam, że ten krok jest istotny, ale w końcu postanowiłam dać mu szansę. Było o niebo lepiej, kiedy do każdego celu dopisałam kilka małych podcelów, które zaprowadzą mnie tam, gdzie chcę. Przykład? Proszę bardzo…

GŁÓWNY CEL: Praktykowanie języka niemieckiego w Niemczech

PODCELE:

  • miesięcznie zaoszczędzić xxx zł,
  • zaplanować w kalendarzu wyjazd,
  • kupić bilet lotniczy,
  • znaleźć hotel,
  • zrobić research książek do nauki języka,
  • wygospodarować 15 minut dziennie na przyswojenie słówek i 15 minut na gramatykę,
  • w każdą niedzielę o 20:00 rozmawiać z kuzynem po niemiecku,
  • wyjechać i szlifować język.

Po kolei odznaczanie tych celów jako zrealizowane spowodowało, że nie zgubiłam po drodze głównego celu. Cały czas byłam świadoma, na jakim jestem etapie i w końcu się udało.

Podsumowując, doprowadź do tego, żeby realizacja celów odbywała się niezależnie od obowiązujących trendów. Zaplanuj swoją listę mądrze. Nie nakładaj na siebie za dużo jednocześnie, bo to tylko wywoła niepotrzebny stres. Znajduj cele, które są ważne dla CIEBIE, zapisz je, wyznacz daty realizacji kolejnych kroków i po prostu osiągnij sukces w tym, na czym Ci zależy. Trzymam kciuki. 🙂

Mowa nienawiści niszczy świat? Jak to zmienić?

To był poniedziałek. Taki niby zwykły zimowy dzień. Taki ponury, choć to początek tygodnia, niby zapowiedź nowego. Źle mi było tego dnia od samego świtu. A to lista zadań nie do ogarnięcia, a to humor nie taki, a to projekt od podwykonawcy niedostarczony na czas, a to pracownik, który nie czyta w moich myślach… Wiem, jak to brzmi, taki stek bzdur. Tak, bzdur, bo czym są w zderzeniu z mową nienawiści i z tym, o czym ci donoszą media po kilku godzinach…

…Nie żyje człowiek… I poruszające było społeczne poruszenie, które obserwowałam z tej części kuli ziemskiej –  taki silny głos za tym, aby Jurek nas nie zostawiał, bo przecież obiecał, bo przecież my wiemy, że to nie jego wina, przecież my wiemy, że to nienawiść, przecież bez niego sobie nie poradzimy. W amerykańskich mediach też nie brakowało relacji z tego, co się wydarzyło w naszym kraju. Pytano „dlaczego?”, „to nie ma sensu” – mówiono. I tak siedząc sobie w ciszy przez dłuższą chwilę, myślałam: jak to łatwo, bez względu na szerokość geograficzną, człowieka zabija człowiek. Tylko widzisz, choć zabrzmi to okrutnie, to nie nowość. Opłakujemy te zbrodnie, jednoczymy się przeciwko sprawcom, opowiadamy się przeciw mowie nienawiści, przez chwilę czujemy, że razem mamy moc i siłę, by walczyć o człowieka, ale co my dalej z tym robimy?

Co my sobie z tą ostatnią tragedią zrobimy? To, że się publicznie jednoczymy to dobre, ale czy ta tragedia zmieni coś w naszych sercach? Czy ta zbrodnia zmieni coś w MOIM sercu? Wołanie o pomoc innych nie wystarczy, wołanie przeciwko innym nie uzdrowi, więc co mi pozostaje? Co się musi wydarzyć, aby świat się zaczął zmieniać, a mowa nienawiści przestała istnieć? Ja się muszę zmieniać i tylko ja mam na to realny wpływ.

Może wreszcie już czas, aby się otrząsnąć i każdy dzień zacząć z wdzięcznością za to, co mam i za tych, których dziś spotkam? Bo spójrzmy prawdzie w oczy, większość z nas naprawdę nie ma na co narzekać. Żadne krzyki świata i ludzi obok ciebie, nic nie zmienią, jeśli to ty nie będziesz kochać drugiego człowieka, a będziesz tylko karmić otoczenie mową nienawiści. A tego kochania nigdy za mało, bo szczęście to ludzie. Jak to zrobić? Prościzna: oddaj drugiej osobie swoje miejsce siedzące w autobusie, przepuść w drzwiach, przepuść na drodze, przekrocz mury biura z uśmiechem, zapytaj, jak twoim pracownikom mija dzień, pochwal, nie zalewaj jadem, nie patrz z ukosa, nie narzekaj, nie myśl, że na głowę upadł, nie zgrywaj najmądrzejszego, pomóż w tym, co dla kogoś jest trudne, nie karz milczeniem… I tak mogłabym wymieniać „do końca świata i jeden dzień dłużej”. Ale w miejsce tego właśnie dziś przed samą sobą składam obietnicę, by bardziej kochać siebie i tym samym choć odrobinę bardziej kochać innych; nie grać ofiary a jak wojownik walczyć o to, żeby ze mną było innym lżej, aby świat był ze mną choć ciut lepszy. I jeśli myślisz, ale co ja mogę? Czy to ma znaczenie? A pamiętasz historię o płatku śniegu, którą opowiedziałam w Evereście lidera? To jeden płatek śniegu – a nie bryła śniegu – przełamał grubą gałąź… więc nie rezygnuj…

I na koniec, to co się wydarzyło, to chyba kolejna powtórka z lekcji o tym, żeby doceniać tych, których mamy wokół. I pewnie, doceniać takich bohaterów jak Jurek, ale i nie gardzić tym małym wielkim człowiekiem, którego masz obok siebie, w tym w pracy – o tym pamiętaj, proszę. Na to masz wpływ i to ma naprawdę znaczenie…

Różnorodność w zachowaniu z przymrużeniem oka

To, że ludzie są różni, wiemy już doskonale. Ale czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak wyglądałby świat, gdyby ludzie byli tacy sami? Istny koszmar na drogach albo niedokończone wieżowce to tylko przykłady tego, że gdyby nie różnorodność, nie ze wszystkim byśmy sobie poradzili. Oto jak żyłoby się w świecie zdominowanym przez osoby bardzo do siebie podobne. Od razu zaznaczam, że przedstawiam Ci to trochę w przejaskrawionych barwach. Podejdźmy do tego z dystansem 😉

Zacznijmy od osób, których styl zachowania opiszemy jako dominujący, czyli styl D w modelu DISC, typowy dla 3% populacji. Tutaj słowo klucz to: EFEKTYWNOŚĆ. Wszystko kręci się wokół realizacji celów a stagnacja postrzegana jest jako faux paux. W takim świecie wiele rzeczy jest dokończonych, bo styl D obiera sobie cel i dopóki go nie osiągnie, nie ustaje w działaniach. A jak tu wygląda sytuacja na drodze? Jeżeli wydaje Ci się, że bez problemu włączysz się do ruchu, to jesteś w błędzie. D nie wpuści Cię ot tak i zasada „na suwaczek”, czyli przepuszczanie się na zmianę, wcale tu nie działa. Efektem tego są niewyobrażalne korki, co z kolei doprowadza D do szału, bo jak wiadomo ci nienawidzą tracić czasu.

Przejdźmy teraz do zupełnie innej rzeczywistości, w której najlepiej, aby poniedziałek nigdy nie nadchodził, bo to może się wiązać z ograniczonym czasem na towarzyskie rozmowy. Zaczyna się dobrze, nie? 🙂 Motta wypisywane na murach to: „Piękno ponad funkcjonalność” i „Kreatywność ponad nudę i pesymizm”. Emocje są najważniejsze a rozmowy nie mają końca. Nikt nie czuje się wykluczony ani niedoceniony. Konflikty pojawiają się raczej rzadko, bo lepiej coś przegadać, aniżeli się kłócić. A co z miłością? W tym świecie jest idealna. Ale skoro poniedziałek nigdy nie nadchodzi, to kiedy jest czas na pracę? I tu właśnie zaczynają się schody. W tym świecie dopięcie projektu na czas nie jest aż tak kluczowe. To właśnie tutaj mosty są wybudowane do połowy i to nie dlatego, że mieszkańcy nie chcą ich dokończyć. Wręcz przeciwnie! Bardzo im na tym zależy, ale zwyczajnie mają już w głowie inne pomysły, którymi chcą się zająć. I jak? Wiesz kto rządzi tym światem? Tak! Masz rację, styl I (Wpływowy) 🙂 Różnorodność… lecimy dalej.

Słowem kluczem w świecie S (styl stały) jest BEZPIECZEŃSTWO. Współczynnik przestępstw jest równy zero.

Ludzie szczerze troszczą się o siebie nawzajem. Komunikacja? Wiadomo. Nikt na siebie nie krzyczy, wszyscy są mili i uprzejmi. W tym świecie jedną z najgorszych katastrof jaka może się przydarzyć to ZMIANA. Mieszkańcy świata S panicznie się jej boją. Zmiana oznacza jakąś niepewność, a niepewność niesie strach. Tutaj nikt nie chce czuć niepotrzebnego napięcia, więc na co dzień ludzie unikają zmian. Ale powiedzmy sobie wprost. Nie da się żyć w świecie, gdzie wszyscy są uprzejmi. Wyobraźcie sobie sytuację na drodze… Tak jak D nie przepuszcza nikogo, tak S przepuszczają się bez końca: „Proszę, jedź”, „Nie Tyyy jedź”, „Nie, Ty pierwszy, nalegam!” i tak w kółko. Kolejnym problemem jest też fakt, że S-ki „duszą” wiele w sobie, żeby nie wprowadzać negatywnej atmosfery, co ostatecznie może prowadzić do ukrytej agresji, jeśli coś im nie będzie odpowiadać. Chowana w środku frustracja wcześniej czy później da o sobie znać.

Ostatni obraz na dziś: świat C (Sumienny). Słowo klucz? JAKOŚĆ. Dokładność jest najważniejsza, a żeby ją osiągnąć, trzeba się skupić, a żeby się skupić, trzeba pracować w ciszy, czyli najlepiej samemu.W świecie C docenia się zdobycze technologii. Pod względem komunikacji panuje tu przekonanie, że lepiej mówić o faktach niż emocjach, a optymizm trzeba trzymać na wodzy, bo lepiej być przygotowanym na najgorsze. Sytuacja na drogach? Nie ma na co narzekać. Wszyscy stosują się do zasad, bo wychodzą z założenia, że te po prostu mają sens, stoją na straży porządku. Zatem wyobraźmy sobie, że nikt nie przekracza prędkości ani nie wyprzedza na trzeciego. Marzenie 🙂  Ale skoro jest tak dobrze, to gdzie tkwi haczyk? Po pierwsze człowiek jest stworzeniem stadnym i potrzebuje kontaktu z innymi. Po drugie, perfekcja nie toleruje błędów. Umówmy się, że popełnianie błędów to rzecz naturalna, a w tym świecie nie ma na to miejsca. Podsumowując, świat C nie zawsze pozwala człowiekowi być… człowiekiem.

I tak dobrnęliśmy do końca. Jaki jest z tego wniosek? Widać, że w każdym z tych światów jest coś lepszego i coś, co je ogranicza. Kiedy te wszystkie światy połączymy, to co otrzymamy? Otrzymamy świat, różnorodność, w której teraz żyjemy. Świat, w którym wszyscy się uzupełniają i dzięki temu możemy osiągać to, co wydaje się nieosiągalne. Możemy mierzyć tak wysoko, jak tylko sobie wymarzymy, ale potrzebujemy wiedzieć, jak tę naszą różnorodność wykorzystać. Sama wiedza, że ludzie są różni, to dopiero początek. Teraz zostaje nam przełożenie wiedzy na działania. Bo to, że wiemy to jedno, ale prawdziwa mądrość bierze się z tego, że zaczniemy z tej wiedzy korzystać.

Popełniasz te same błędy – gdzie się kryje zagrożenie?

Setki lub tysiące razy słyszałeś, że „człowiek uczy się na błędach”. I rzeczywiście, kryje się w tym ogromna mądrość, bo doświadczając czegoś a nie tylko temu się przyglądając, możesz wyciągnąć z danej sytuacji własne wnioski i następnie wdrożyć je w życie. Celowo piszę, że MOŻE się to wydarzyć, bo do tego jest potrzebna Twoja decyzja, że naprawdę będziesz chciał coś z tych błędów wynieść.

Może wydaje Ci się to oczywiste, ale chciałam napisać o tym kilka słów. W czasie kolejnych szkoleń, które prowadziłam czy indywidualnych rozmów z Klientami zdałam sobie sprawę, jak często dawanie sobie prawa do popełnianie tych samych błędów traktujemy jako wygodną wymówkę, kiedy nie chcemy przyznać, że pewne wydarzenia są konsekwencją tego, że nie podjęliśmy decyzji o zmianie w zachowaniu.

Podam Ci przykład: W ramach oceny okresowej od swojego pracownika dostałeś informację, że ten nie czuje się doceniony, potrzebuje od Ciebie regularnej informacji zwrotnej na temat swojej pracy, chce wiedzieć, jaki masz plan na jego rozwój zawodowy w firmie (to samo powiedział Ci wcześniej inny pracownik, kiedy zapytałeś, dlaczego odchodzi z zespołu). I może poprzednio „odpuściłeś sobie” przyjrzenie się sytuacji i wyciągnięcie z niej lekcji, bo nie miałeś czasu, nie do końca czułeś, że to jest aż tak potrzebne, może nie wiedziałeś, jak to robić albo byłeś przekonany, że przecież robisz to dobrze, więc problem leży raczej po stronie pracownika itd. Ale dostajesz kolejny raz podobny sygnał i teraz to już tylko od Ciebie zależy, co z tym zrobisz – możesz świadomie przyjrzeć się temu, co jest takiego w tym, że pracownicy nie czują się docenieni lub możesz to zostawić i po pewnym czasie spodziewać się kolejnego wypowiedzenia lub spadku efektywności zespołu.

Nie chodzi o to, że od jutra konstruktywnie krytykować, chwalić, mówić o oczekiwaniach  – masz to wszystko robić perfekcyjnie. Nie, ale masz próbować robić to w inny sposób. Ja też jestem szefem i naprawdę nie chodzi tu o brak czasu czy zasobów. Tu chodzi o moją decyzję (a jej brak to też decyzja) o tym, że jako szef chcę być w swojej roli jeszcze lepsza(y) – a taką postawę wykazuje prawdziwy lider! Jeśli tego nie zrobisz, to doświadczenie może Cię po prostu ściągnąć w dół, zaboleć lub przejdziesz obok niego niby obojętnie – ale wówczas nie szukaj winnych, jeśli będziesz się musiał zmierzyć z konsekwencjami sytuacji, która się już wcześniej wydarzyła.

Przekonałam się, że stanięcie twarzą w twarz z własnym błędem wcale nie jest takie proste. Wymaga często wielkiej pokory, ale opłaca się. Kiedyś przez myśl by mi nie przeszło, aby powiedzieć pracownikowi: „Przepraszam, nie powinnam podnosić głosu. Będę nad tym pracować”. Bałam się tego, że stracę autorytet, że pracownicy mogą to wykorzystać przeciwko mnie. Uważałam, że lepiej nie wyciągać tego na światło dzienne. A w sumie pracownicy też popełniają błędy i nie zawsze się do tego przyznają.

Może to wiesz, może nie, ale pracownicy bardzo Cię obserwują. Kiedy zaczęłam śmiało mówić o tym, że popełniłam błąd, następnie przeprosiłam i pokazałam, że wyciągam lekcje z błędów, nie popełniam tych samych, zaczęli mnie naśladować. Z większą śmiałością zdobywają się na odwagę, żeby przyznać się, że zawalili i mówią mi o tym, jakie proponują rozwiązania. Nie szukają winnych, nie zrzucają na innych odpowiedzialności, a biorą sprawy w swoje ręce.

Każdy popełnia błędy i nie będzie w tym nic złego, jeśli tylko uznasz to, że Tobie też to się zdarza i to może być w porządku; że może być krokiem do tego, aby być lepszym szefem, lepszym człowiekiem…

Ocenianie – dlaczego wciąż to robimy i jak sobie z tym poradzić? Oto challenge umysłu

Autorką tego tekstu jest Julia Góra, którą mamy zaszczyt mieć w zespole EFFECTIVENESS. Jula jest autorką tekstów na tym blogu w kategorii: spełnienie.

Zdarzyło Ci się przyłapać swój umysł na tym, że patrząc na kogoś, myślisz wpierw o tym, co ten ktoś ma nieidealne? Obserwujesz osoby w pracy czy w drodze do pracy i w głowie tylko masz to co negatywne? Jeśli choć na jedno pytanie padła odpowiedź TAK, ten tekst jest dla Ciebie!

Podróżując metrem, rozładował mi się telefon, więc musiałam w końcu odkleić wzrok od tego małego, przebiegłego ustrojstwa. Wyczekując stacji docelowej, podniosłam wzrok i zawiesiłam go tam, gdzie akurat coś przykuło moją uwagę. Złapałam się na tym, że patrząc na moich współtowarzyszy podróży, zaczęłam ich oceniać. Nie myślałam o niczym innym, tylko o tym, jak można ubrać się tak a nie inaczej albo jak można założyć takie buty do takiej kurtki. Znasz to? W pewnym momencie zaczęło to być bardzo męczące i zwyczajnie denerwowało, bo ja, osoba, której zależy na pozytywnym myśleniu i rozsiewaniu wokół raczej radości, byłam wtedy bardzo negatywna. Pomyślałam sobie, że taka postawa może być gubiąca i stać na przeszkodzie do doceniania małych rzeczy w szarej rzeczywistości. I wtedy starsza pani, ta która nie wyglądała jak z okładki kolorowego magazynu, głośniej się zaśmiała i otworzyła mi tym samym oczy. Za tymi, tak bardzo według mnie niepasującymi do siebie ubraniami, zobaczyłam człowieka. Bardzo radosnego człowieka, który pomimo swojego wieku potrafi się tak spontanicznie ucieszyć.

Ale po co ja to właściwie piszę? Chodzi mi o to, że w dzisiejszym świecie przywykliśmy do oceniania i wydawania osądów, jakbyśmy mieli pełne prawo mówić o kimś źle. Ale czy po paru wymienionych zdaniach, mailach czy spojrzeniach jesteśmy w stanie stwierdzić, kim naprawdę jest ten drugi człowiek? To co mamy do zaoferowania, kryje się w nas, tam w środku i zwykle potrzeba czasu i zainwestowania w relację, aby to odkryć. Swoją oceniającą postawą można zranić ludzi wokół, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Siedząc na spotkaniu, powiesz do kolegi obok: „Matko, co on znowu bredzi. Chyba zwariował…” albo skomentujesz: „Jak można zostawić stos brudnych naczyń na biurku?! Koniec świata!”. Ciebie kosztuje to całe nic, ale drugą osobę nawet takim niby niewinnym tekstem możesz dotknąć. Kto wie, może dziś ma dzień, w którym już nic negatywnego nie jest w stanie udźwignąć? Nie znasz jej historii, stąd najlepszym rozwiązaniem jest czasem się powstrzymać i nie mówić nic…?

Ocenianie – komu to przychodzi z łatwością?

Znam osoby (czyli szczególnie styl zachowania C w modelu DISC), które pomimo tego, że robią coś, co naprawdę podoba się setkom ludzi, to i tak jak dostaną chociaż jeden negatywny komentarz, przez cały dzień zastanawiają się, co zrobili źle, że właśnie tej osobie to się nie spodobało. Ta rzesza ludzi, która kibicuje i motywuje do działania, idzie trochę w odstawkę, bo cały umysł ogarnia ten jeden hejt. Co tu kryć, ja też należę do takich ludzi, czyli zawsze widzę przestrzeń, w której mogłam zrobić coś jeszcze lepiej, inaczej i potem tylko siedzę i się zadręczam. Wiem, jak nie lubię oceniania. Rzucone ot tak, bez pokrycia, może zaboleć… I też dlatego wiem, jak bardzo należy pracować na sobą, żeby innym nie robić tego samego. O ile przyjemniej będzie nam w takiej pracy, w której nie czujemy się oceniani (czym innym jest konstruktywna krytyka) i możemy zachowywać się swobodnie, niż w takiej, gdzie ktoś obserwuje każdy nasz ruch, by przyłapać na tym, co nam nie wyjdzie?

Ocenianie – tego można się oduczyć, czyli challenge umysłu

Zauważ, że projekt, który leży na biurku, nie spojrzy krzywo i nie powie, że masz brzydki makijaż, czy że Twój krawat znów nie pasuje do koszuli. To powiedzą ludzie, więc środowisko jakie sobie stworzymy, zależy tylko i wyłącznie od nas. Dlaczego chociaż nie postarać się działać dla wspólnego dobra? Nie jest prosto, wiem to, ale nie znaczy, że mam rozłożyć ręce i czekać, aż ktoś inny zrobi piewszy krok.  Właśnie dlatego wprowadziłam w życie challenge umysłu, żeby nigdy nie być tym jednym hejtem, który tak bardzo potrafi namieszać w życiu innych.

Głęboko wierzę, że 10 dni wystarczy na zmianę nawyku, choć wiele teorii mówi, że potrzeba na to 3 tygodni. Ocenianie innych to nic innego jak kolejny nawyk; więc tak jak go nabywamy, tak samo można się go oduczyć. Żeby ograniczyć liczbę negatywnych myśli i komentarzy, prowadziłam swój challenge umysłu przez właśnie 10 dni. Postawiłam sobie wyzwanie. Jak tylko pomyślę o kimś źle, to w ciągu 5 sekund u tej samej osoby muszę koniecznie znaleźć coś pozytywnego. Po paru takich akcjach złapałam się na tym, że pierwsze co robię, to myślę właśnie o czymś pozytywnym, zanim zdążę się wciągnąć w negatywny tryb. Najtrudniejsze w tym ćwiczeniu jest to, że robisz to sam ze sobą, nawet nic nie wypowiadając na głos. Musisz się więc naprawdę skupić i postarać, a przede wszystkim chcieć coś w sobie zmienić, żeby ten challenge zakończyć długodystansową zmianą!

Zachęcam Cię do challengu umysłu, bo on naprawdę zmienia nasze nastawienie, dzięki czemu jesteśmy spokojniejsi, bo nie zawracamy sobie głowy niepotrzebnymi bzdurami i jesteśmy w stanie skupić się na tym, co istotne:). A ocenianie? Szybko o tym zapomnisz…

Jak krytykować z klasą?

Jesteśmy krytykowani – przez szefów, partnerów, znajomych i uwaga, nierzadko sami sobie nieźle „dokładamy”. A w dobie rozwiniętych technologii mam wrażenie, że o tę krytykę w stosunku do innych jeszcze łatwiej – bo nie trzeba spojrzeć w oczy, wystarczy napisać wiadomość lub zostawić post w social media i po sprawie, a niech ma, a niech wie, jaki jest, a niech sobie myśli, co chce, a niech wreszcie zacznie myśleć i działać inaczej, a niech pozna moje zdanie, bo przecież wokół mówią: „Nie trzymaj w sobie tego, co myślisz, mów o swoich uczuciach” etc.

Jesteśmy krytykowani i mniej lub bardziej sami krytykujemy. Nie zamierzam dziś wybielać krytyki, bo uważam, że wybielania nie potrzebuje. Krytyka sama w sobie jest dobra, o ile udzielasz jej z właściwych powodów, we właściwym czasie i we właściwy sposób. Podzielę się z Tobą nie tyle książkową wiedzą, a tym, czego doświadczenie i praca z mądrzejszymi ode mnie w tym temacie mnie nauczyła.

Czytaj dalej Jak krytykować z klasą?

Czy ta uważność na człowieka nie jest przereklamowana?

Jak ci się nie chce zauważać człowieka, to niech ci się zachce… Co ja plotę? Daj mi się wytłumaczyć, czyli dziś o tym, co ci daje ta uważność…

Nie wiem, czy ci wspominałam, że prócz pracy, domu, aerial jogi, czytania, pisania mam do ogarnięcia jeszcze co najmniej jeden życiowy projekt? Otóż, raz w tygodniu uczę Amerykanów polskiego. To takie hobby😊. Moją wesołą ferajnę tworzą Jason – doktorant historii, specjalizujący się w tematyce Holocaustu. Od czytania wszystkich źródeł ma takie słownictwo, że sama czasem się zastanawiam, co on mówi, a sztukę odmiany przez przypadki ma w małym palcu. Na moje zajęcia przychodzi również Walter, czyli Władziu, emeryt „złota rączka”, który uwielbia, jak się krzywię, kiedy na całe gardło wykrzykuje po polsku: „Anna, nasza Pani nauczycielka”. Barwną mam tę grupę, bo nie brakuje również Lauren, emerytowanej nauczycielki chińskiego. Języki to jej pasja i to ona mi czasem próbuje uświadomić, że to jak mówię po polsku, nie jest spójne z zapisem fonetycznym w słowniku – istny cyrk, czyż nie? Tego wszystkiego słucha cierpliwie Stella, nasz dobry duch, taka matka opiekunka, która nakarmi, jak jestem głodna, przytuli, jak mi smutno, zawsze powie dobre słowo.

I uwaga, czas na mojego ulubieńca, a co tam. Oto Stanisław. Nasz Staś ma 83 lata i co tydzień pokonuje 40 km w jedną stronę, aby uczyć się polskiego. Mówi, że 70 lat temu jego mama mówiła do niego po polsku i co nieco pamięta. Kiedy dowiedział się o naszych spotkaniach, nie mógł nie dołączyć. Poznasz go po czapce z daszkiem z napisem: „weteran wojenny”, a pod pachą niesie słownik polsko-angielski. Nie rozumie, o co chodzi z deklinacją, koniugacją, ale po 2 latach nauki polskiego pięknie odpowiada na moje pytania, a ostatnie zdanie, którego chciał się nauczyć to: „Ania jest moją szefową”. I powtarza to co chwilę, a my pokładamy się ze śmiechu. Czuć, że siedzi w nim wielki Polak, bo zdarza mu się narzekać (wybacz, ale coś w tym jest haha). Wciąż powtarza, żebym nie mówiła, że dobrze się komunikuje po polsku, bo do mojego polskiego to jeszcze mu daleko. Trochę przekornie podcinam mu skrzydła, mówiąc, że co jak co, ale w polskim nie ma szans mi dorównać. W angielskim możemy konkurować😊.

Lubię tych moich uczniów. To oni kibicują mi w pracy, stawiali do pionu, kiedy brakowało ochoty na pisanie „Everestu lidera”. Dla nich organizujemy grilla latem oraz polską Wigilię. I chociaż nie zawsze mi się chce to robić, to kiedy widzę, jak wiele znaczy dla nich powrót do dzieciństwa, kiedy widzę te łzy wzruszenia w ich oczach, to zbieram się w sobie, nie marudzę a działam. Ostatnio nawet już myślałam, że może zrezygnuję z uczenia polskiego, bo mam naprawdę sporo na głowie, to kilka dni temu dostałam zimny prysznic. Wspomniany Staś powiedział, że zachował na poczcie głosowej wiadomość ode mnie. Lubi słuchać mojego głosu, mojego angielskiego z polskim akcentem. Jego żona ostatnio bardzo choruje i zdradził, że kiedy odsłuchuje kolejny raz to nagranie, to uspokaja się, czuje, że znów jest dobrze, jak kiedyś, kiedy był dzieckiem, kiedy była obok niego mama i szeptała to niego po polsku: Staś, nie martw się….

I ta dzisiejsza opowieść zmierza do tego, że to normalne, że w życiu wielu rzeczy mi się nie chce, na wiele nie mam ochoty. Historia Stasia uświadomiła mi kolejny raz, że mam wokół siebie ludzi, którzy mogą potrzebować mojej obecności. Pokazała mi dobitnie, że w życiu chodzi o drugiego człowieka i dawanie siebie innym (ale dawanie to nie to samo co poświęcanie się!).

I może Ty dziś w pracy, w domu masz fazę „nic mi się nie chce”, „mam dość”. Obejrzyj się dookoła, ćwicz uważność na drugiego człowieka – szefa, pracownika, kolegę obok. Może zapytaj, jak mu mija dzień, czy chce kawę, bo właśnie się wybierasz do kuchni, może tylko uśmiechnij się, może podaj rękę. To nic wielkiego dla Ciebie, ale dla tej drugiej strony może to oznaczać cały świat. Niech Ci się zachce być uważnym na drugiego człowieka, bo nie wiesz, jaką nosi w sobie historię…

Wykorzystujemy pliki cookies w celu prawidłowego działania strony internetowej i jej wszystkich funkcji oraz w celu korzystania z podstawowych narzędzi analitycznych. Szczegóły znajdziesz w polityce prywatności. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close