Archiwa kategorii: Spełnienie

Ocenianie – dlaczego wciąż to robimy i jak sobie z tym poradzić? Oto challenge umysłu

Autorką tego tekstu jest Julia Góra, którą mamy zaszczyt mieć w zespole EFFECTIVENESS. Jula jest autorką tekstów na tym blogu w kategorii: spełnienie.

Zdarzyło Ci się przyłapać swój umysł na tym, że patrząc na kogoś, myślisz wpierw o tym, co ten ktoś ma nieidealne? Obserwujesz osoby w pracy czy w drodze do pracy i w głowie tylko masz to co negatywne? Jeśli choć na jedno pytanie padła odpowiedź TAK, ten tekst jest dla Ciebie!

Podróżując metrem, rozładował mi się telefon, więc musiałam w końcu odkleić wzrok od tego małego, przebiegłego ustrojstwa. Wyczekując stacji docelowej, podniosłam wzrok i zawiesiłam go tam, gdzie akurat coś przykuło moją uwagę. Złapałam się na tym, że patrząc na moich współtowarzyszy podróży, zaczęłam ich oceniać. Nie myślałam o niczym innym, tylko o tym, jak można ubrać się tak a nie inaczej albo jak można założyć takie buty do takiej kurtki. Znasz to? W pewnym momencie zaczęło to być bardzo męczące i zwyczajnie denerwowało, bo ja, osoba, której zależy na pozytywnym myśleniu i rozsiewaniu wokół raczej radości, byłam wtedy bardzo negatywna. Pomyślałam sobie, że taka postawa może być gubiąca i stać na przeszkodzie do doceniania małych rzeczy w szarej rzeczywistości. I wtedy starsza pani, ta która nie wyglądała jak z okładki kolorowego magazynu, głośniej się zaśmiała i otworzyła mi tym samym oczy. Za tymi, tak bardzo według mnie niepasującymi do siebie ubraniami, zobaczyłam człowieka. Bardzo radosnego człowieka, który pomimo swojego wieku potrafi się tak spontanicznie ucieszyć.

Ale po co ja to właściwie piszę? Chodzi mi o to, że w dzisiejszym świecie przywykliśmy do oceniania i wydawania osądów, jakbyśmy mieli pełne prawo mówić o kimś źle. Ale czy po paru wymienionych zdaniach, mailach czy spojrzeniach jesteśmy w stanie stwierdzić, kim naprawdę jest ten drugi człowiek? To co mamy do zaoferowania, kryje się w nas, tam w środku i zwykle potrzeba czasu i zainwestowania w relację, aby to odkryć. Swoją oceniającą postawą można zranić ludzi wokół, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Siedząc na spotkaniu, powiesz do kolegi obok: „Matko, co on znowu bredzi. Chyba zwariował…” albo skomentujesz: „Jak można zostawić stos brudnych naczyń na biurku?! Koniec świata!”. Ciebie kosztuje to całe nic, ale drugą osobę nawet takim niby niewinnym tekstem możesz dotknąć. Kto wie, może dziś ma dzień, w którym już nic negatywnego nie jest w stanie udźwignąć? Nie znasz jej historii, stąd najlepszym rozwiązaniem jest czasem się powstrzymać i nie mówić nic…?

Ocenianie – komu to przychodzi z łatwością?

Znam osoby (czyli szczególnie styl zachowania C w modelu DISC), które pomimo tego, że robią coś, co naprawdę podoba się setkom ludzi, to i tak jak dostaną chociaż jeden negatywny komentarz, przez cały dzień zastanawiają się, co zrobili źle, że właśnie tej osobie to się nie spodobało. Ta rzesza ludzi, która kibicuje i motywuje do działania, idzie trochę w odstawkę, bo cały umysł ogarnia ten jeden hejt. Co tu kryć, ja też należę do takich ludzi, czyli zawsze widzę przestrzeń, w której mogłam zrobić coś jeszcze lepiej, inaczej i potem tylko siedzę i się zadręczam. Wiem, jak nie lubię oceniania. Rzucone ot tak, bez pokrycia, może zaboleć… I też dlatego wiem, jak bardzo należy pracować na sobą, żeby innym nie robić tego samego. O ile przyjemniej będzie nam w takiej pracy, w której nie czujemy się oceniani (czym innym jest konstruktywna krytyka) i możemy zachowywać się swobodnie, niż w takiej, gdzie ktoś obserwuje każdy nasz ruch, by przyłapać na tym, co nam nie wyjdzie?

Ocenianie – tego można się oduczyć, czyli challenge umysłu

Zauważ, że projekt, który leży na biurku, nie spojrzy krzywo i nie powie, że masz brzydki makijaż, czy że Twój krawat znów nie pasuje do koszuli. To powiedzą ludzie, więc środowisko jakie sobie stworzymy, zależy tylko i wyłącznie od nas. Dlaczego chociaż nie postarać się działać dla wspólnego dobra? Nie jest prosto, wiem to, ale nie znaczy, że mam rozłożyć ręce i czekać, aż ktoś inny zrobi piewszy krok.  Właśnie dlatego wprowadziłam w życie challenge umysłu, żeby nigdy nie być tym jednym hejtem, który tak bardzo potrafi namieszać w życiu innych.

Głęboko wierzę, że 10 dni wystarczy na zmianę nawyku, choć wiele teorii mówi, że potrzeba na to 3 tygodni. Ocenianie innych to nic innego jak kolejny nawyk; więc tak jak go nabywamy, tak samo można się go oduczyć. Żeby ograniczyć liczbę negatywnych myśli i komentarzy, prowadziłam swój challenge umysłu przez właśnie 10 dni. Postawiłam sobie wyzwanie. Jak tylko pomyślę o kimś źle, to w ciągu 5 sekund u tej samej osoby muszę koniecznie znaleźć coś pozytywnego. Po paru takich akcjach złapałam się na tym, że pierwsze co robię, to myślę właśnie o czymś pozytywnym, zanim zdążę się wciągnąć w negatywny tryb. Najtrudniejsze w tym ćwiczeniu jest to, że robisz to sam ze sobą, nawet nic nie wypowiadając na głos. Musisz się więc naprawdę skupić i postarać, a przede wszystkim chcieć coś w sobie zmienić, żeby ten challenge zakończyć długodystansową zmianą!

Zachęcam Cię do challengu umysłu, bo on naprawdę zmienia nasze nastawienie, dzięki czemu jesteśmy spokojniejsi, bo nie zawracamy sobie głowy niepotrzebnymi bzdurami i jesteśmy w stanie skupić się na tym, co istotne:). A ocenianie? Szybko o tym zapomnisz…

Czy ta uważność na człowieka nie jest przereklamowana?

Jak ci się nie chce zauważać człowieka, to niech ci się zachce… Co ja plotę? Daj mi się wytłumaczyć, czyli dziś o tym, co ci daje ta uważność…

Nie wiem, czy ci wspominałam, że prócz pracy, domu, aerial jogi, czytania, pisania mam do ogarnięcia jeszcze co najmniej jeden życiowy projekt? Otóż, raz w tygodniu uczę Amerykanów polskiego. To takie hobby😊. Moją wesołą ferajnę tworzą Jason – doktorant historii, specjalizujący się w tematyce Holocaustu. Od czytania wszystkich źródeł ma takie słownictwo, że sama czasem się zastanawiam, co on mówi, a sztukę odmiany przez przypadki ma w małym palcu. Na moje zajęcia przychodzi również Walter, czyli Władziu, emeryt „złota rączka”, który uwielbia, jak się krzywię, kiedy na całe gardło wykrzykuje po polsku: „Anna, nasza Pani nauczycielka”. Barwną mam tę grupę, bo nie brakuje również Lauren, emerytowanej nauczycielki chińskiego. Języki to jej pasja i to ona mi czasem próbuje uświadomić, że to jak mówię po polsku, nie jest spójne z zapisem fonetycznym w słowniku – istny cyrk, czyż nie? Tego wszystkiego słucha cierpliwie Stella, nasz dobry duch, taka matka opiekunka, która nakarmi, jak jestem głodna, przytuli, jak mi smutno, zawsze powie dobre słowo.

I uwaga, czas na mojego ulubieńca, a co tam. Oto Stanisław. Nasz Staś ma 83 lata i co tydzień pokonuje 40 km w jedną stronę, aby uczyć się polskiego. Mówi, że 70 lat temu jego mama mówiła do niego po polsku i co nieco pamięta. Kiedy dowiedział się o naszych spotkaniach, nie mógł nie dołączyć. Poznasz go po czapce z daszkiem z napisem: „weteran wojenny”, a pod pachą niesie słownik polsko-angielski. Nie rozumie, o co chodzi z deklinacją, koniugacją, ale po 2 latach nauki polskiego pięknie odpowiada na moje pytania, a ostatnie zdanie, którego chciał się nauczyć to: „Ania jest moją szefową”. I powtarza to co chwilę, a my pokładamy się ze śmiechu. Czuć, że siedzi w nim wielki Polak, bo zdarza mu się narzekać (wybacz, ale coś w tym jest haha). Wciąż powtarza, żebym nie mówiła, że dobrze się komunikuje po polsku, bo do mojego polskiego to jeszcze mu daleko. Trochę przekornie podcinam mu skrzydła, mówiąc, że co jak co, ale w polskim nie ma szans mi dorównać. W angielskim możemy konkurować😊.

Lubię tych moich uczniów. To oni kibicują mi w pracy, stawiali do pionu, kiedy brakowało ochoty na pisanie „Everestu lidera”. Dla nich organizujemy grilla latem oraz polską Wigilię. I chociaż nie zawsze mi się chce to robić, to kiedy widzę, jak wiele znaczy dla nich powrót do dzieciństwa, kiedy widzę te łzy wzruszenia w ich oczach, to zbieram się w sobie, nie marudzę a działam. Ostatnio nawet już myślałam, że może zrezygnuję z uczenia polskiego, bo mam naprawdę sporo na głowie, to kilka dni temu dostałam zimny prysznic. Wspomniany Staś powiedział, że zachował na poczcie głosowej wiadomość ode mnie. Lubi słuchać mojego głosu, mojego angielskiego z polskim akcentem. Jego żona ostatnio bardzo choruje i zdradził, że kiedy odsłuchuje kolejny raz to nagranie, to uspokaja się, czuje, że znów jest dobrze, jak kiedyś, kiedy był dzieckiem, kiedy była obok niego mama i szeptała to niego po polsku: Staś, nie martw się….

I ta dzisiejsza opowieść zmierza do tego, że to normalne, że w życiu wielu rzeczy mi się nie chce, na wiele nie mam ochoty. Historia Stasia uświadomiła mi kolejny raz, że mam wokół siebie ludzi, którzy mogą potrzebować mojej obecności. Pokazała mi dobitnie, że w życiu chodzi o drugiego człowieka i dawanie siebie innym (ale dawanie to nie to samo co poświęcanie się!).

I może Ty dziś w pracy, w domu masz fazę „nic mi się nie chce”, „mam dość”. Obejrzyj się dookoła, ćwicz uważność na drugiego człowieka – szefa, pracownika, kolegę obok. Może zapytaj, jak mu mija dzień, czy chce kawę, bo właśnie się wybierasz do kuchni, może tylko uśmiechnij się, może podaj rękę. To nic wielkiego dla Ciebie, ale dla tej drugiej strony może to oznaczać cały świat. Niech Ci się zachce być uważnym na drugiego człowieka, bo nie wiesz, jaką nosi w sobie historię…

I gdzie to szczęście? Jak je w końcu odnaleźć?

Autorką tego tekstu jest Julia Góra, którą mamy zaszczyt mieć w zespole EFFECTIVENESS. To dzięki niej zamówienia na badania kompetencji realizujemy na czas, a jako zespół potrafimy „spuścić z tonu” i zwolnić tempo, bo jej opowieści o spotkanych danego dnia ludziach wciągają na potęgę. Sami się przekonajcie, jak opowiada historie:

Zapytana kilka tygodni temu o definicję szczęścia, nie potrafiłam skleić żadnej sensownej odpowiedzi. Ale zaraz… kto jak nie ja ma wiedzieć, co sprawia, że jestem szczęśliwa? Zaczęłam szukać odpowiedzi i dziś mogę podzielić się z Wami wnioskami, które wydały mi się bardzo pokrzepiające!

 Zostałam zaatakowana serią pytań o szczęściu: od czego zależy, co sprawia, że w domu czujemy się jak w domu, a w pracy pracuje nam się dobrze? itd. Pisząc zaatakowana, mam na myśli dosłownie to. Takie pytania, podczas, gdy nie znasz na nie odpowiedzi, mogą wydawać się przerażające. A przynajmniej w moim przypadku tak było. Dlaczego? Uświadomiłam sobie, że zupełnie się nie znam i nie wiem, czym dla mnie jest szczęście. Bardzo mnie dotknęło, że w przypadku, kiedy chodzi o mnie samą, ja tego nie wiem! Starając się wówczas odpowiedzieć na te pytania, uświadomiłam sobie, że nie myślałam sama za siebie, tylko dałam się ponieść temu, co wmawia mi otoczenie. W głowie przewijały mi się tylko reklamy czy kampanie, które przekonują, że jak będziesz miał telefon najnowszej generacji, czy kurtkę od najlepszego projektanta, to będziesz najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Ja nie do końca w to wierzę. Dlatego nie rozmyślając zbyt długo, zaczęłam szukać sposobu, dzięki któremu następnym razem, będę dokładnie wiedziała, co mam odpowiedzieć. A piszę to dlatego, że być może i Ty nie wiesz, jak określić to, co sprawia, że na Twojej twarzy maluje się uśmiech. Dziś chciałabym, żeby dzięki mojemu małemu eksperymentowi wszyscy uświadomili sobie jedną, bardzo istotną rzecz…

Ale może po kolei. Pierwszym krokiem do odnalezienia odpowiedzi było bardzo proste ćwiczenie. Codziennie wieczorem siadałam w ciszy na kilka minut i starałam się przypomnieć sobie, co w ciągu dnia, wydało mi się w jakimś stopniu niesamowite, a należało do kategorii całkowicie zwyczajnych rzeczy. Stałam się bardzo uważna. Pomijając elementy typu ładne załamanie światła na błyszczącej powierzchni, czy dwoje kochających i przytulający się na wietrze ludzi, na mojej liście, na pierwszym miejscu plasował się…uśmiech. Po prostu uśmiech. Wtedy wieczorem, przypominały mi się momenty, kiedy np., w metrze, zupełnie bez powodu, uśmiechnęłam się do kogoś, bo akurat nasze spojrzenia się spotkały, a ten ktoś to odwzajemnił, co swoją drogą nie zdarza się często. Ludzie z reguły uciekają natychmiast wzrokiem w jakiś kąt. Kilka razy złapałam się na tym, że w kolejnych częściach dnia uświadamiałam sobie, że te najprostsze rzeczy, okazują się być najpiękniejsze. Właśnie to sprowokowało mnie do wysnucia bardzo krzepiących dla mnie wniosków…

BO WSZYSTKO ZACZYNA SIĘ OD LUDZI! Wszystko kręci się wokół człowieka. Najprostszy przykład…wymarzona praca. Czy jeżeli będziesz dostawał przyzwoite pieniądze za pracę, której nienawidzisz, to będziesz szczęśliwy? Czy jeżeli będziesz dostawał przyzwoite pieniądze za pracę, do której nienawidzisz chodzić, bo jest tam taka Jolka, która tylko by Ci dogryzała i nie robiła nic innego, tylko czekała na Twój błąd, to będziesz szczęśliwy? A co, jeżeli w końcu robisz to, co od dziecka Ci się marzyło, czyli np. jesteś strażakiem czy baletnicą, ale otaczają Cię ludzie, którzy są niemili, nieuprzejmi, nieludzcy, bo ciągle tylko szukają dziury w całym, zamiast na moment zapomnieć, zwyczajnie się pośmiać i powiedzieć coś miłego, to nadal będziesz kochał tę pracę? Oczywiście są ludzie, którym wystarcza towarzystwo ich samych i nikogo nie potrzebują, ale czy to na dłuższą metę prawda? Człowiek, jakby nie patrzeć, jest zwierzęciem stadnym. Nie poradzi sobie sam w świecie. Potrzebuje wsparcia innych, żeby coś osiągnąć. Poczynając od prozaicznych rzeczy, jak np., zakładanie firmy, która bez klientów zupełnie nie ma sensu, a kończąc na sprawach, powiedzmy, duchowych, czyli np., potrzeba rozmowy, przegadania czegoś, pośmiania się albo po prostu popłakania RAZEM.

To są tylko nieliczne przykłady, mówiące o tym, że wszystko… czy szczęście i radość, czy płacz i łzy, zaczyna się od człowieka! Bądźmy uważni na drugą osobę i na jej emocje, bo być może nie raz okaże się, że będziemy jej potrzebować, żeby chociażby się wypłakać, czy zwyczajnie pośmiać. Pamiętajmy, że życie jest piękne i przeżywając je samemu, nie sprawi, że będziemy 2x szczęśliwsi, bo mamy 2x więcej dla siebie. Dzielmy się życiem i dzielmy się radością, a o wiele łatwiej będzie nam powiedzieć, czym tak naprawdę szczęście jest dla nas, bo dla mnie, szczęście to ludzie. I teraz to wiem na pewno.