Wszystkie wpisy, których autorem jest admin

Różnorodność w zachowaniu z przymrużeniem oka

To, że ludzie są różni, wiemy już doskonale. Ale czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak wyglądałby świat, gdyby ludzie byli tacy sami? Istny koszmar na drogach albo niedokończone wieżowce to tylko przykłady tego, że gdyby nie różnorodność, nie ze wszystkim byśmy sobie poradzili. Oto jak żyłoby się w świecie zdominowanym przez osoby bardzo do siebie podobne. Od razu zaznaczam, że przedstawiam Ci to trochę w przejaskrawionych barwach. Podejdźmy do tego z dystansem 😉

Zacznijmy od osób, których styl zachowania opiszemy jako dominujący, czyli styl D w modelu DISC, typowy dla 3% populacji. Tutaj słowo klucz to: EFEKTYWNOŚĆ. Wszystko kręci się wokół realizacji celów a stagnacja postrzegana jest jako faux paux. W takim świecie wiele rzeczy jest dokończonych, bo styl D obiera sobie cel i dopóki go nie osiągnie, nie ustaje w działaniach. A jak tu wygląda sytuacja na drodze? Jeżeli wydaje Ci się, że bez problemu włączysz się do ruchu, to jesteś w błędzie. D nie wpuści Cię ot tak i zasada „na suwaczek”, czyli przepuszczanie się na zmianę, wcale tu nie działa. Efektem tego są niewyobrażalne korki, co z kolei doprowadza D do szału, bo jak wiadomo ci nienawidzą tracić czasu.

Przejdźmy teraz do zupełnie innej rzeczywistości, w której najlepiej, aby poniedziałek nigdy nie nadchodził, bo to może się wiązać z ograniczonym czasem na towarzyskie rozmowy. Zaczyna się dobrze, nie? 🙂 Motta wypisywane na murach to: „Piękno ponad funkcjonalność” i „Kreatywność ponad nudę i pesymizm”. Emocje są najważniejsze a rozmowy nie mają końca. Nikt nie czuje się wykluczony ani niedoceniony. Konflikty pojawiają się raczej rzadko, bo lepiej coś przegadać, aniżeli się kłócić. A co z miłością? W tym świecie jest idealna. Ale skoro poniedziałek nigdy nie nadchodzi, to kiedy jest czas na pracę? I tu właśnie zaczynają się schody. W tym świecie dopięcie projektu na czas nie jest aż tak kluczowe. To właśnie tutaj mosty są wybudowane do połowy i to nie dlatego, że mieszkańcy nie chcą ich dokończyć. Wręcz przeciwnie! Bardzo im na tym zależy, ale zwyczajnie mają już w głowie inne pomysły, którymi chcą się zająć. I jak? Wiesz kto rządzi tym światem? Tak! Masz rację, styl I (Wpływowy) 🙂 Różnorodność… lecimy dalej.

Słowem kluczem w świecie S (styl stały) jest BEZPIECZEŃSTWO. Współczynnik przestępstw jest równy zero.

Ludzie szczerze troszczą się o siebie nawzajem. Komunikacja? Wiadomo. Nikt na siebie nie krzyczy, wszyscy są mili i uprzejmi. W tym świecie jedną z najgorszych katastrof jaka może się przydarzyć to ZMIANA. Mieszkańcy świata S panicznie się jej boją. Zmiana oznacza jakąś niepewność, a niepewność niesie strach. Tutaj nikt nie chce czuć niepotrzebnego napięcia, więc na co dzień ludzie unikają zmian. Ale powiedzmy sobie wprost. Nie da się żyć w świecie, gdzie wszyscy są uprzejmi. Wyobraźcie sobie sytuację na drodze… Tak jak D nie przepuszcza nikogo, tak S przepuszczają się bez końca: „Proszę, jedź”, „Nie Tyyy jedź”, „Nie, Ty pierwszy, nalegam!” i tak w kółko. Kolejnym problemem jest też fakt, że S-ki „duszą” wiele w sobie, żeby nie wprowadzać negatywnej atmosfery, co ostatecznie może prowadzić do ukrytej agresji, jeśli coś im nie będzie odpowiadać. Chowana w środku frustracja wcześniej czy później da o sobie znać.

Ostatni obraz na dziś: świat C (Sumienny). Słowo klucz? JAKOŚĆ. Dokładność jest najważniejsza, a żeby ją osiągnąć, trzeba się skupić, a żeby się skupić, trzeba pracować w ciszy, czyli najlepiej samemu.W świecie C docenia się zdobycze technologii. Pod względem komunikacji panuje tu przekonanie, że lepiej mówić o faktach niż emocjach, a optymizm trzeba trzymać na wodzy, bo lepiej być przygotowanym na najgorsze. Sytuacja na drogach? Nie ma na co narzekać. Wszyscy stosują się do zasad, bo wychodzą z założenia, że te po prostu mają sens, stoją na straży porządku. Zatem wyobraźmy sobie, że nikt nie przekracza prędkości ani nie wyprzedza na trzeciego. Marzenie 🙂  Ale skoro jest tak dobrze, to gdzie tkwi haczyk? Po pierwsze człowiek jest stworzeniem stadnym i potrzebuje kontaktu z innymi. Po drugie, perfekcja nie toleruje błędów. Umówmy się, że popełnianie błędów to rzecz naturalna, a w tym świecie nie ma na to miejsca. Podsumowując, świat C nie zawsze pozwala człowiekowi być… człowiekiem.

I tak dobrnęliśmy do końca. Jaki jest z tego wniosek? Widać, że w każdym z tych światów jest coś lepszego i coś, co je ogranicza. Kiedy te wszystkie światy połączymy, to co otrzymamy? Otrzymamy świat, różnorodność, w której teraz żyjemy. Świat, w którym wszyscy się uzupełniają i dzięki temu możemy osiągać to, co wydaje się nieosiągalne. Możemy mierzyć tak wysoko, jak tylko sobie wymarzymy, ale potrzebujemy wiedzieć, jak tę naszą różnorodność wykorzystać. Sama wiedza, że ludzie są różni, to dopiero początek. Teraz zostaje nam przełożenie wiedzy na działania. Bo to, że wiemy to jedno, ale prawdziwa mądrość bierze się z tego, że zaczniemy z tej wiedzy korzystać.

Popełniasz te same błędy – gdzie się kryje zagrożenie?

Setki lub tysiące razy słyszałeś, że „człowiek uczy się na błędach”. I rzeczywiście, kryje się w tym ogromna mądrość, bo doświadczając czegoś a nie tylko temu się przyglądając, możesz wyciągnąć z danej sytuacji własne wnioski i następnie wdrożyć je w życie. Celowo piszę, że MOŻE się to wydarzyć, bo do tego jest potrzebna Twoja decyzja, że naprawdę będziesz chciał coś z tych błędów wynieść.

Może wydaje Ci się to oczywiste, ale chciałam napisać o tym kilka słów. W czasie kolejnych szkoleń, które prowadziłam czy indywidualnych rozmów z Klientami zdałam sobie sprawę, jak często dawanie sobie prawa do popełnianie tych samych błędów traktujemy jako wygodną wymówkę, kiedy nie chcemy przyznać, że pewne wydarzenia są konsekwencją tego, że nie podjęliśmy decyzji o zmianie w zachowaniu.

Podam Ci przykład: W ramach oceny okresowej od swojego pracownika dostałeś informację, że ten nie czuje się doceniony, potrzebuje od Ciebie regularnej informacji zwrotnej na temat swojej pracy, chce wiedzieć, jaki masz plan na jego rozwój zawodowy w firmie (to samo powiedział Ci wcześniej inny pracownik, kiedy zapytałeś, dlaczego odchodzi z zespołu). I może poprzednio „odpuściłeś sobie” przyjrzenie się sytuacji i wyciągnięcie z niej lekcji, bo nie miałeś czasu, nie do końca czułeś, że to jest aż tak potrzebne, może nie wiedziałeś, jak to robić albo byłeś przekonany, że przecież robisz to dobrze, więc problem leży raczej po stronie pracownika itd. Ale dostajesz kolejny raz podobny sygnał i teraz to już tylko od Ciebie zależy, co z tym zrobisz – możesz świadomie przyjrzeć się temu, co jest takiego w tym, że pracownicy nie czują się docenieni lub możesz to zostawić i po pewnym czasie spodziewać się kolejnego wypowiedzenia lub spadku efektywności zespołu.

Nie chodzi o to, że od jutra konstruktywnie krytykować, chwalić, mówić o oczekiwaniach  – masz to wszystko robić perfekcyjnie. Nie, ale masz próbować robić to w inny sposób. Ja też jestem szefem i naprawdę nie chodzi tu o brak czasu czy zasobów. Tu chodzi o moją decyzję (a jej brak to też decyzja) o tym, że jako szef chcę być w swojej roli jeszcze lepsza(y) – a taką postawę wykazuje prawdziwy lider! Jeśli tego nie zrobisz, to doświadczenie może Cię po prostu ściągnąć w dół, zaboleć lub przejdziesz obok niego niby obojętnie – ale wówczas nie szukaj winnych, jeśli będziesz się musiał zmierzyć z konsekwencjami sytuacji, która się już wcześniej wydarzyła.

Przekonałam się, że stanięcie twarzą w twarz z własnym błędem wcale nie jest takie proste. Wymaga często wielkiej pokory, ale opłaca się. Kiedyś przez myśl by mi nie przeszło, aby powiedzieć pracownikowi: „Przepraszam, nie powinnam podnosić głosu. Będę nad tym pracować”. Bałam się tego, że stracę autorytet, że pracownicy mogą to wykorzystać przeciwko mnie. Uważałam, że lepiej nie wyciągać tego na światło dzienne. A w sumie pracownicy też popełniają błędy i nie zawsze się do tego przyznają.

Może to wiesz, może nie, ale pracownicy bardzo Cię obserwują. Kiedy zaczęłam śmiało mówić o tym, że popełniłam błąd, następnie przeprosiłam i pokazałam, że wyciągam lekcje z błędów, nie popełniam tych samych, zaczęli mnie naśladować. Z większą śmiałością zdobywają się na odwagę, żeby przyznać się, że zawalili i mówią mi o tym, jakie proponują rozwiązania. Nie szukają winnych, nie zrzucają na innych odpowiedzialności, a biorą sprawy w swoje ręce.

Każdy popełnia błędy i nie będzie w tym nic złego, jeśli tylko uznasz to, że Tobie też to się zdarza i to może być w porządku; że może być krokiem do tego, aby być lepszym szefem, lepszym człowiekiem…

Ocenianie – dlaczego wciąż to robimy i jak sobie z tym poradzić? Oto challenge umysłu

Autorką tego tekstu jest Julia Góra, którą mamy zaszczyt mieć w zespole EFFECTIVENESS. Jula jest autorką tekstów na tym blogu w kategorii: spełnienie.

Zdarzyło Ci się przyłapać swój umysł na tym, że patrząc na kogoś, myślisz wpierw o tym, co ten ktoś ma nieidealne? Obserwujesz osoby w pracy czy w drodze do pracy i w głowie tylko masz to co negatywne? Jeśli choć na jedno pytanie padła odpowiedź TAK, ten tekst jest dla Ciebie!

Podróżując metrem, rozładował mi się telefon, więc musiałam w końcu odkleić wzrok od tego małego, przebiegłego ustrojstwa. Wyczekując stacji docelowej, podniosłam wzrok i zawiesiłam go tam, gdzie akurat coś przykuło moją uwagę. Złapałam się na tym, że patrząc na moich współtowarzyszy podróży, zaczęłam ich oceniać. Nie myślałam o niczym innym, tylko o tym, jak można ubrać się tak a nie inaczej albo jak można założyć takie buty do takiej kurtki. Znasz to? W pewnym momencie zaczęło to być bardzo męczące i zwyczajnie denerwowało, bo ja, osoba, której zależy na pozytywnym myśleniu i rozsiewaniu wokół raczej radości, byłam wtedy bardzo negatywna. Pomyślałam sobie, że taka postawa może być gubiąca i stać na przeszkodzie do doceniania małych rzeczy w szarej rzeczywistości. I wtedy starsza pani, ta która nie wyglądała jak z okładki kolorowego magazynu, głośniej się zaśmiała i otworzyła mi tym samym oczy. Za tymi, tak bardzo według mnie niepasującymi do siebie ubraniami, zobaczyłam człowieka. Bardzo radosnego człowieka, który pomimo swojego wieku potrafi się tak spontanicznie ucieszyć.

Ale po co ja to właściwie piszę? Chodzi mi o to, że w dzisiejszym świecie przywykliśmy do oceniania i wydawania osądów, jakbyśmy mieli pełne prawo mówić o kimś źle. Ale czy po paru wymienionych zdaniach, mailach czy spojrzeniach jesteśmy w stanie stwierdzić, kim naprawdę jest ten drugi człowiek? To co mamy do zaoferowania, kryje się w nas, tam w środku i zwykle potrzeba czasu i zainwestowania w relację, aby to odkryć. Swoją oceniającą postawą można zranić ludzi wokół, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Siedząc na spotkaniu, powiesz do kolegi obok: „Matko, co on znowu bredzi. Chyba zwariował…” albo skomentujesz: „Jak można zostawić stos brudnych naczyń na biurku?! Koniec świata!”. Ciebie kosztuje to całe nic, ale drugą osobę nawet takim niby niewinnym tekstem możesz dotknąć. Kto wie, może dziś ma dzień, w którym już nic negatywnego nie jest w stanie udźwignąć? Nie znasz jej historii, stąd najlepszym rozwiązaniem jest czasem się powstrzymać i nie mówić nic…?

Ocenianie – komu to przychodzi z łatwością?

Znam osoby (czyli szczególnie styl zachowania C w modelu DISC), które pomimo tego, że robią coś, co naprawdę podoba się setkom ludzi, to i tak jak dostaną chociaż jeden negatywny komentarz, przez cały dzień zastanawiają się, co zrobili źle, że właśnie tej osobie to się nie spodobało. Ta rzesza ludzi, która kibicuje i motywuje do działania, idzie trochę w odstawkę, bo cały umysł ogarnia ten jeden hejt. Co tu kryć, ja też należę do takich ludzi, czyli zawsze widzę przestrzeń, w której mogłam zrobić coś jeszcze lepiej, inaczej i potem tylko siedzę i się zadręczam. Wiem, jak nie lubię oceniania. Rzucone ot tak, bez pokrycia, może zaboleć… I też dlatego wiem, jak bardzo należy pracować na sobą, żeby innym nie robić tego samego. O ile przyjemniej będzie nam w takiej pracy, w której nie czujemy się oceniani (czym innym jest konstruktywna krytyka) i możemy zachowywać się swobodnie, niż w takiej, gdzie ktoś obserwuje każdy nasz ruch, by przyłapać na tym, co nam nie wyjdzie?

Ocenianie – tego można się oduczyć, czyli challenge umysłu

Zauważ, że projekt, który leży na biurku, nie spojrzy krzywo i nie powie, że masz brzydki makijaż, czy że Twój krawat znów nie pasuje do koszuli. To powiedzą ludzie, więc środowisko jakie sobie stworzymy, zależy tylko i wyłącznie od nas. Dlaczego chociaż nie postarać się działać dla wspólnego dobra? Nie jest prosto, wiem to, ale nie znaczy, że mam rozłożyć ręce i czekać, aż ktoś inny zrobi piewszy krok.  Właśnie dlatego wprowadziłam w życie challenge umysłu, żeby nigdy nie być tym jednym hejtem, który tak bardzo potrafi namieszać w życiu innych.

Głęboko wierzę, że 10 dni wystarczy na zmianę nawyku, choć wiele teorii mówi, że potrzeba na to 3 tygodni. Ocenianie innych to nic innego jak kolejny nawyk; więc tak jak go nabywamy, tak samo można się go oduczyć. Żeby ograniczyć liczbę negatywnych myśli i komentarzy, prowadziłam swój challenge umysłu przez właśnie 10 dni. Postawiłam sobie wyzwanie. Jak tylko pomyślę o kimś źle, to w ciągu 5 sekund u tej samej osoby muszę koniecznie znaleźć coś pozytywnego. Po paru takich akcjach złapałam się na tym, że pierwsze co robię, to myślę właśnie o czymś pozytywnym, zanim zdążę się wciągnąć w negatywny tryb. Najtrudniejsze w tym ćwiczeniu jest to, że robisz to sam ze sobą, nawet nic nie wypowiadając na głos. Musisz się więc naprawdę skupić i postarać, a przede wszystkim chcieć coś w sobie zmienić, żeby ten challenge zakończyć długodystansową zmianą!

Zachęcam Cię do challengu umysłu, bo on naprawdę zmienia nasze nastawienie, dzięki czemu jesteśmy spokojniejsi, bo nie zawracamy sobie głowy niepotrzebnymi bzdurami i jesteśmy w stanie skupić się na tym, co istotne:). A ocenianie? Szybko o tym zapomnisz…

Jak krytykować z klasą?

Jesteśmy krytykowani – przez szefów, partnerów, znajomych i uwaga, nierzadko sami sobie nieźle „dokładamy”. A w dobie rozwiniętych technologii mam wrażenie, że o tę krytykę w stosunku do innych jeszcze łatwiej – bo nie trzeba spojrzeć w oczy, wystarczy napisać wiadomość lub zostawić post w social media i po sprawie, a niech ma, a niech wie, jaki jest, a niech sobie myśli, co chce, a niech wreszcie zacznie myśleć i działać inaczej, a niech pozna moje zdanie, bo przecież wokół mówią: „Nie trzymaj w sobie tego, co myślisz, mów o swoich uczuciach” etc.

Jesteśmy krytykowani i mniej lub bardziej sami krytykujemy. Nie zamierzam dziś wybielać krytyki, bo uważam, że wybielania nie potrzebuje. Krytyka sama w sobie jest dobra, o ile udzielasz jej z właściwych powodów, we właściwym czasie i we właściwy sposób. Podzielę się z Tobą nie tyle książkową wiedzą, a tym, czego doświadczenie i praca z mądrzejszymi ode mnie w tym temacie mnie nauczyła.

Czytaj dalej Jak krytykować z klasą?

Czy ta uważność na człowieka nie jest przereklamowana?

Jak ci się nie chce zauważać człowieka, to niech ci się zachce… Co ja plotę? Daj mi się wytłumaczyć, czyli dziś o tym, co ci daje ta uważność…

Nie wiem, czy ci wspominałam, że prócz pracy, domu, aerial jogi, czytania, pisania mam do ogarnięcia jeszcze co najmniej jeden życiowy projekt? Otóż, raz w tygodniu uczę Amerykanów polskiego. To takie hobby😊. Moją wesołą ferajnę tworzą Jason – doktorant historii, specjalizujący się w tematyce Holocaustu. Od czytania wszystkich źródeł ma takie słownictwo, że sama czasem się zastanawiam, co on mówi, a sztukę odmiany przez przypadki ma w małym palcu. Na moje zajęcia przychodzi również Walter, czyli Władziu, emeryt „złota rączka”, który uwielbia, jak się krzywię, kiedy na całe gardło wykrzykuje po polsku: „Anna, nasza Pani nauczycielka”. Barwną mam tę grupę, bo nie brakuje również Lauren, emerytowanej nauczycielki chińskiego. Języki to jej pasja i to ona mi czasem próbuje uświadomić, że to jak mówię po polsku, nie jest spójne z zapisem fonetycznym w słowniku – istny cyrk, czyż nie? Tego wszystkiego słucha cierpliwie Stella, nasz dobry duch, taka matka opiekunka, która nakarmi, jak jestem głodna, przytuli, jak mi smutno, zawsze powie dobre słowo.

I uwaga, czas na mojego ulubieńca, a co tam. Oto Stanisław. Nasz Staś ma 83 lata i co tydzień pokonuje 40 km w jedną stronę, aby uczyć się polskiego. Mówi, że 70 lat temu jego mama mówiła do niego po polsku i co nieco pamięta. Kiedy dowiedział się o naszych spotkaniach, nie mógł nie dołączyć. Poznasz go po czapce z daszkiem z napisem: „weteran wojenny”, a pod pachą niesie słownik polsko-angielski. Nie rozumie, o co chodzi z deklinacją, koniugacją, ale po 2 latach nauki polskiego pięknie odpowiada na moje pytania, a ostatnie zdanie, którego chciał się nauczyć to: „Ania jest moją szefową”. I powtarza to co chwilę, a my pokładamy się ze śmiechu. Czuć, że siedzi w nim wielki Polak, bo zdarza mu się narzekać (wybacz, ale coś w tym jest haha). Wciąż powtarza, żebym nie mówiła, że dobrze się komunikuje po polsku, bo do mojego polskiego to jeszcze mu daleko. Trochę przekornie podcinam mu skrzydła, mówiąc, że co jak co, ale w polskim nie ma szans mi dorównać. W angielskim możemy konkurować😊.

Lubię tych moich uczniów. To oni kibicują mi w pracy, stawiali do pionu, kiedy brakowało ochoty na pisanie „Everestu lidera”. Dla nich organizujemy grilla latem oraz polską Wigilię. I chociaż nie zawsze mi się chce to robić, to kiedy widzę, jak wiele znaczy dla nich powrót do dzieciństwa, kiedy widzę te łzy wzruszenia w ich oczach, to zbieram się w sobie, nie marudzę a działam. Ostatnio nawet już myślałam, że może zrezygnuję z uczenia polskiego, bo mam naprawdę sporo na głowie, to kilka dni temu dostałam zimny prysznic. Wspomniany Staś powiedział, że zachował na poczcie głosowej wiadomość ode mnie. Lubi słuchać mojego głosu, mojego angielskiego z polskim akcentem. Jego żona ostatnio bardzo choruje i zdradził, że kiedy odsłuchuje kolejny raz to nagranie, to uspokaja się, czuje, że znów jest dobrze, jak kiedyś, kiedy był dzieckiem, kiedy była obok niego mama i szeptała to niego po polsku: Staś, nie martw się….

I ta dzisiejsza opowieść zmierza do tego, że to normalne, że w życiu wielu rzeczy mi się nie chce, na wiele nie mam ochoty. Historia Stasia uświadomiła mi kolejny raz, że mam wokół siebie ludzi, którzy mogą potrzebować mojej obecności. Pokazała mi dobitnie, że w życiu chodzi o drugiego człowieka i dawanie siebie innym (ale dawanie to nie to samo co poświęcanie się!).

I może Ty dziś w pracy, w domu masz fazę „nic mi się nie chce”, „mam dość”. Obejrzyj się dookoła, ćwicz uważność na drugiego człowieka – szefa, pracownika, kolegę obok. Może zapytaj, jak mu mija dzień, czy chce kawę, bo właśnie się wybierasz do kuchni, może tylko uśmiechnij się, może podaj rękę. To nic wielkiego dla Ciebie, ale dla tej drugiej strony może to oznaczać cały świat. Niech Ci się zachce być uważnym na drugiego człowieka, bo nie wiesz, jaką nosi w sobie historię…

I gdzie to szczęście? Jak je w końcu odnaleźć?

Autorką tego tekstu jest Julia Góra, którą mamy zaszczyt mieć w zespole EFFECTIVENESS. To dzięki niej zamówienia na badania kompetencji realizujemy na czas, a jako zespół potrafimy „spuścić z tonu” i zwolnić tempo, bo jej opowieści o spotkanych danego dnia ludziach wciągają na potęgę. Sami się przekonajcie, jak opowiada historie:

Zapytana kilka tygodni temu o definicję szczęścia, nie potrafiłam skleić żadnej sensownej odpowiedzi. Ale zaraz… kto jak nie ja ma wiedzieć, co sprawia, że jestem szczęśliwa? Zaczęłam szukać odpowiedzi i dziś mogę podzielić się z Wami wnioskami, które wydały mi się bardzo pokrzepiające!

 Zostałam zaatakowana serią pytań o szczęściu: od czego zależy, co sprawia, że w domu czujemy się jak w domu, a w pracy pracuje nam się dobrze? itd. Pisząc zaatakowana, mam na myśli dosłownie to. Takie pytania, podczas, gdy nie znasz na nie odpowiedzi, mogą wydawać się przerażające. A przynajmniej w moim przypadku tak było. Dlaczego? Uświadomiłam sobie, że zupełnie się nie znam i nie wiem, czym dla mnie jest szczęście. Bardzo mnie dotknęło, że w przypadku, kiedy chodzi o mnie samą, ja tego nie wiem! Starając się wówczas odpowiedzieć na te pytania, uświadomiłam sobie, że nie myślałam sama za siebie, tylko dałam się ponieść temu, co wmawia mi otoczenie. W głowie przewijały mi się tylko reklamy czy kampanie, które przekonują, że jak będziesz miał telefon najnowszej generacji, czy kurtkę od najlepszego projektanta, to będziesz najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Ja nie do końca w to wierzę. Dlatego nie rozmyślając zbyt długo, zaczęłam szukać sposobu, dzięki któremu następnym razem, będę dokładnie wiedziała, co mam odpowiedzieć. A piszę to dlatego, że być może i Ty nie wiesz, jak określić to, co sprawia, że na Twojej twarzy maluje się uśmiech. Dziś chciałabym, żeby dzięki mojemu małemu eksperymentowi wszyscy uświadomili sobie jedną, bardzo istotną rzecz…

Ale może po kolei. Pierwszym krokiem do odnalezienia odpowiedzi było bardzo proste ćwiczenie. Codziennie wieczorem siadałam w ciszy na kilka minut i starałam się przypomnieć sobie, co w ciągu dnia, wydało mi się w jakimś stopniu niesamowite, a należało do kategorii całkowicie zwyczajnych rzeczy. Stałam się bardzo uważna. Pomijając elementy typu ładne załamanie światła na błyszczącej powierzchni, czy dwoje kochających i przytulający się na wietrze ludzi, na mojej liście, na pierwszym miejscu plasował się…uśmiech. Po prostu uśmiech. Wtedy wieczorem, przypominały mi się momenty, kiedy np., w metrze, zupełnie bez powodu, uśmiechnęłam się do kogoś, bo akurat nasze spojrzenia się spotkały, a ten ktoś to odwzajemnił, co swoją drogą nie zdarza się często. Ludzie z reguły uciekają natychmiast wzrokiem w jakiś kąt. Kilka razy złapałam się na tym, że w kolejnych częściach dnia uświadamiałam sobie, że te najprostsze rzeczy, okazują się być najpiękniejsze. Właśnie to sprowokowało mnie do wysnucia bardzo krzepiących dla mnie wniosków…

BO WSZYSTKO ZACZYNA SIĘ OD LUDZI! Wszystko kręci się wokół człowieka. Najprostszy przykład…wymarzona praca. Czy jeżeli będziesz dostawał przyzwoite pieniądze za pracę, której nienawidzisz, to będziesz szczęśliwy? Czy jeżeli będziesz dostawał przyzwoite pieniądze za pracę, do której nienawidzisz chodzić, bo jest tam taka Jolka, która tylko by Ci dogryzała i nie robiła nic innego, tylko czekała na Twój błąd, to będziesz szczęśliwy? A co, jeżeli w końcu robisz to, co od dziecka Ci się marzyło, czyli np. jesteś strażakiem czy baletnicą, ale otaczają Cię ludzie, którzy są niemili, nieuprzejmi, nieludzcy, bo ciągle tylko szukają dziury w całym, zamiast na moment zapomnieć, zwyczajnie się pośmiać i powiedzieć coś miłego, to nadal będziesz kochał tę pracę? Oczywiście są ludzie, którym wystarcza towarzystwo ich samych i nikogo nie potrzebują, ale czy to na dłuższą metę prawda? Człowiek, jakby nie patrzeć, jest zwierzęciem stadnym. Nie poradzi sobie sam w świecie. Potrzebuje wsparcia innych, żeby coś osiągnąć. Poczynając od prozaicznych rzeczy, jak np., zakładanie firmy, która bez klientów zupełnie nie ma sensu, a kończąc na sprawach, powiedzmy, duchowych, czyli np., potrzeba rozmowy, przegadania czegoś, pośmiania się albo po prostu popłakania RAZEM.

To są tylko nieliczne przykłady, mówiące o tym, że wszystko… czy szczęście i radość, czy płacz i łzy, zaczyna się od człowieka! Bądźmy uważni na drugą osobę i na jej emocje, bo być może nie raz okaże się, że będziemy jej potrzebować, żeby chociażby się wypłakać, czy zwyczajnie pośmiać. Pamiętajmy, że życie jest piękne i przeżywając je samemu, nie sprawi, że będziemy 2x szczęśliwsi, bo mamy 2x więcej dla siebie. Dzielmy się życiem i dzielmy się radością, a o wiele łatwiej będzie nam powiedzieć, czym tak naprawdę szczęście jest dla nas, bo dla mnie, szczęście to ludzie. I teraz to wiem na pewno.

Co zrobić, aby w pracy liczył się człowiek?

„Ania, Ty to masz fajny ten zespół…”, „Udały Ci się te dziewczyny…” – w poprzednim tygodniu usłyszałam kilka razy. Przyjęłam to z dużą wdzięcznością, ale i pokorą. Ten tekst nie będzie pieśnią pochwalną na cześć moich pracowników, nic z tych rzeczy. To co usłyszałam, zainspirowało mnie, aby kontynuować temat tego „nieszczęsnego” rynku pracownika. Poniżej zbieram Ci najważniejsze kwestie, do których chcę się ustosunkować, które pojawiły się w wiadomościach, komentarzach po poprzednim wpisie (jest TUTAJ). Otóż:

„Masz taki fajny zespół…” – powiedziałam moim Dziewczynom o tym, jak klienci i współpracownicy się nimi zachwycają. Jestem z nimi szczera, więc dodałam to, co we mnie tam w środku siedziało: „Pewnie, że jesteście fajne, ale tak bym chciała znaleźć sposób na to, aby pokazać, ile my wszystkie wkładamy wysiłku, aby ten zespół był fajny”. Odpowiedziały: „Ania, a jak my codziennie pracujemy nad relacjami między nami…i ile serca dajemy…”. Chcę podzielić się z Tobą oto taką refleksją: zespół ot tak nie jest fajny, nie udaje się… My każdego dnia go budujemy. Zaczęłam od etapu rekrutacji, diagnozując kompetencje pod kątem tego, jakich potrzebuję i z kim zgram się osobowościowo. Rekrutacja nie była przypadkowa, zatem nie trafiły mi się fajne dziewczyny a ja je wybrałam.

Idąc dalej, codziennie – zgadza się: codziennie – pracujemy nad tym, aby ten zespół był efektywny. Znamy swoje mocne strony, ale i ograniczenia. Ja jestem na prawdziwym poligonie: walczę z brakiem cierpliwości, zwolnieniem tempa, bo czasem jest nie do utrzymania przez innych, zmiękczeniem komunikacji. Dziewczyny pracują nad tym, aby skupiać się na rozwiązaniach, nie problemach, wsłuchiwaniu się w to, co mam na myśli, bez zakładania, że chcę skrytykować… Każdego tygodnia podsumowujemy to, co osiągnęłyśmy i w których obszarach, włączając w to relacje między nami i Klientami, chcemy być lepsze. Zatem to nie „americam dream”, to praca w pocie czoła, aby nam ze sobą było dobrze, abyśmy sobie coraz bardziej ufały, rozumiały się a nie oceniały. To setki, tysiące godzin pracy nie tylko nad zadaniami, ale nad relacją, wyjaśnianiem zachowań, których nie rozumiemy, po to, abyśmy te zadania mogły wykonać. To praca każdej z nas, bo każda jest równa w zespole, tylko ma inną funkcję. I każda jest odpowiedzialna za to, jak się nam pracuje ze sobą i co dajemy Klientom. I kiedy wiem, że skuteczny zespół to ciężka praca, w tym szefa, bo przecież ktoś musi modelować pozytywne zachowania, to jest we mnie niezgoda na zakrywanie się niedojrzałością dzisiejszych pracowników…

„Bo pracownicy dziś są tacy niedojrzali…” – spytałam psychologów, jak zdefiniują dojrzałość. Otóż, mówią o poczuciu automonii, odpowiedzialności, rozumianej jako zdolność do zachowania w spójności z uznanymi społecznie normami. I jeśli tak na tę dojrzałość spojrzymy, to czy naprawdę my, starsi, jesteśmy tacy dojrzali? Jak do dojrzałości mają się przemocowe (w tym werbalne) zachowania szefów? Mierzenie wzrokiem w sposób, którego do końca życia nie zapomnisz? Nieszanowanie czasu pracowników? Nieumiejętność usłyszenia tego, co druga strona chce powiedzieć? Brak otwartości na to, że współpracownik może potrzebować innego podejścia? Czyli młodzi są niedojrzali a my wszyscy jesteśmy? Ilu mamy dojrzałych szefów w naszych firmach? Kochani, ja nie bronię młodych, ale zostawmy ich a zajmijmy się sobą, by pomóc im przy nas dojrzewać… Tylko pracując nad sobą, możemy wpływać na nabycie przez innych dojrzałej postawy, pozytywnych zachowań.

„Wszystko fajnie, ale jeszcze daleko nam do tego, aby w korporacyjnym świecie pojawił się człowiek” –   może i daleko, może i nie, nie wiem. Wiem jedno, jak będziemy czekać na zmianę, to możemy jej się nie doczekać. Sama mam na koncie szefów twardszych od muru, jeśli chodzi o zmianę sposobu myślenia. Przestałam spodziewać się zmiany, a zaczęłam ją sama kreować. Dodatkowo, zapytałam Brada, mojego męża, jak na tę kwestię patrzą Amerykanie. Lekko zdezorientowany (bo tak jak uwielbia Polskę, tak trudno mu czasem odnaleźć się w polskiej mentalności), odpowiedział: „A niby dlaczego miałoby się to nie zmienić? Skąd u Was takie przekonanie? Przecież zmiana zależy od szefa i zespołu… Widzisz to tutaj na co dzień…”

A zatem, nie oglądając się na innych, co TY możesz jutro zrobić, aby innym było z Tobą lepiej? Może zapytaj pracownika, co ma dziś w planach i jakiego wsparcia potrzebuje? A może pochwal? A co powiesz na to, że podziękujesz szefowi, że pomógł Ci znaleźć rozwiązanie lub zapytał, jak Ci minął ostatni weekend? Nie czekaj na zmianę, bo jedyne, czego możesz się doczekać, to dodatkowego ciężaru frustracji wobec tego, że się nic nie zmienia… To Ty kreuj zmianę, bo ona się nie zadzieje sama, nie przytrafi się, na nią również się pracuje. A jeśli druga strona tego nie doceni? To też się może zdarzyć, tak już jest. Ale może zmianą w zachowaniu, dawaniem z siebie, zauważaniem człowieka, zainspirujesz inną osobę do tego, że za tydzień, miesiąc i ona zrobi ten pierwszy krok? A co jeśli ta zmiana zależy właśnie od Twojego kroku, tego pierwszego, a może i kolejnego? Nie czekaj na innych, pokaż to, jakim Ty jesteś człowiekem…

Rynek pracownika to dobra wymówka?

„Gdybyś słyszała o kimś na stanowisko „xyz…”. Dziś tak trudno o dobrego pracownika… Mamy rynek pracownika, tak źle jeszcze nie było w kwestii pozyskiwania ludzi… Z młodymi nie jest lekko, sama wiesz, prawda?” Słyszę to często. Staram się być uważna na potrzeby znajomych, klientów, wsłuchiwać się w ich bóle, poczuć to, co przeżywają, zderzyć to ze swoim doświadczeniem, ale jednocześnie nie lubię użalać się nad tym, na co nie mam wpływu. I tak powstały moje dzisiejsze przemyślenia. Na rynek pracownika spojrzę z życzliwością, najlepszą intencją, ale bez ściemy i głaskania po głowie…

Pierwsza myśl – Przejmij kontrolę. Bierz sprawy w swoje ręce a nie poddawaj się medialnym i towarzystkim podrzegawaniom tematu o rynku pracownika (Nie dyskutuję z faktami, statystykami. Tak, pracowników wcale nie przybywa. I skoro nie przybywa, to znaczy, że musimy o nich naprawdę zadbać). Dodatkowo, dziś potrzebujemy szczególnej dojrzałości, by konstruktywnie odnieść się do informacji, które do nas docierają. Jesteśmy tak czuli na różne hasła polityczne, w mig czujemy manipulację, tanie gadanie. Nie dajmy sobą manipulować w kwestii pracowników. Na hasło, że młodzi przynajmniej kilka razy w życiu zmienią pracę, odpowiedzmy konstruktywnie, tak jak byśmy podchodzili do każdej innej strategii biznesowej. Na przykład, skoro młodzi mają odwagę podejmować decyzje o zmianie pracy (a mają, bo tak zostali wychowani – „jesteś wyjątkowy, przed Tobą morze możliwości” etc.), technologia, z którą się wychowali, uczy prostego mechanizmu „nie pasuje mi – zmieniam”, to znaczy, że mam zrozumieć, co takiego powoduje, że nie chcą z nami pracować. Litości, nikt ot tak nie zmienia pracy, jeśli jest mu dobrze. Dodatkowo, 55% pracowników to styl zachowania S (w modelu DISC). To osoby, które nie lubią nagłych zmian i się na nie nie zdecydują, kiedy nie będzie im w danym miejscu najgorzej (co nie oznacza, że nie będą narzekać). Zostaw to, jak jest źle… Jeśli jest źle, to potraktuj to jako konkretną informację o tym, że coś się dzieje i szukaj rozwiązania (w tym pomoże Ci diagnoza D3). Nie czekaj aż coś się w firmie, zespole zawali… Każdy dzień zwlekania to strata czasu, pieniędzy, potencjału pracowników i organizacji.

Druga myśl. Nie szukaj winnych w pracownikach (uwaga: nie oznacza, że są święci, sic!). Byłam pracownikiem, szefem zespołu… Dziś jestem i przedsiębiorcą, i szefem, i to co za chwilę napiszę, to nie są żadne teoretyczne rozważania. Otóż, z przerażeniem obserwuję, jak łatwo nam (i mi samej w przeszłości) przerzucać winę na „młodych” za braki w naszych kompetencjach liderskich. Pracownicy odchodzą, bo nie czują się docenieni, bo MY, szefowie, MY firmy, nie stworzyliśmy im warunków ku temu, aby chcieli z nami pracować. Na rynku mamy nowe pokolenie pracowników. To jest fakt, więc nie spodziewajmy się, że dotychczasowe metody zarządzania będą działać. Nawet karta SIM w Twoim telefonie po latach wymaga wymiany, więc chyba strategia zarządzania również, prawda? Kiedyś mówiłam, że „ze mną nie trzeba było postępować jak z jajkiem, nade mną nikt nie stał, sama musiałam się tego nauczyć” etc. Jasne, tylko że dziś śmiało mogę powiedzieć, że to jak byłam traktowana, nie było niczym, czym się można szczycić. To nie było dobre, po prostu. Wiem, że można inaczej, że nie muszę powielać schematów zachowań tych szefów, którzy dla mnie nigdy nie byli autorytetem, o których dziś nie chcę nawet wspominać. Jeśli nie zmienisz podejścia, postawy z protekcjonalnej na postawę liderską, która zakłada, że to Ty jesteś dla pracownika, że to Ty jesteś odpowiedzialny za jego rozwój, to żadne szkolenie managerskie nie przyniesie spodziewanych efektów, a „rynek pracownika” Cię zje. Wpojono mi, że ludzie odchodzą, to norma, a jako manager mam wymagać, oczekiwać, dbać o to, aby klient był zadowolony. Jasne, tylko że wiele osób odeszło przeze mnie, przez mój brak kompetencji w tamtym czasie i zrzucanie winy na pracowników byłoby zwykłą dziecinadą.

Trzecia myśl: Masz prawo nie wiedzieć, co z tą sytuacją zrobić, od czego zacząć. I to też jest ok. Ja też tam byłam. Zapracowana, rozczarowana, nieusatysfakcjonowana na takim poziomie na jakim bym chciała. I zaczęłam sama szukać, co mogę zrobić inaczej. Szukaj, czytaj (po to napisałam książkę „Everest lidera”), pytaj, próbuj nowego podejścia, pozwól sobie popełniać błędy, ucz się na nich i bądź coraz lepszym szefem, współpracownikiem, ale przede wszystkim człowiekiem – to od tego się wszystko zaczyna i na tym kończy. A wówczas rynek pracownika przestanie mieć takie wielkie oczy… Nie zniknie ot tak, to jasne, ale nie przejmie nad Tobą kontroli…

Jak zbudować zaufanie w zespole? Recepta Chrisa Cebollero

Pomyśl o zespole… Tym, w którym jesteś teraz, albo tym, który chcesz dopiero zbudować. Co jest wyznacznikiem tego, że będziecie razem współpracować albo tego, że Wasze drogi się rozejdą? Chris Cebollero – coach, mentor, członek zespołu Johna Maxwella (międzynarodowego eksperta w dziedzinie przywództwa) zdecydowanie wskazuje na… ZAUFANIE! Jako zespół EFFECTIVENESS miałyśmy ten przywilej, że w ostatnim czasie Chris podzielił się z nami swoim doświadczeniem i wyjaśnił, dlaczego zaufanie to podstawa.

Nie podlega dyskusji, że zaufanie jest fundamentem do zbudowania trwałego, rozwijającego się i odnoszącego sukcesy zespołu. Chociaż  słowo „zaufanie” jest dziś w mojej opinii nadużywane, brzmi chyba modnie, biznesowo „poprawnie”, zaczyna brzmieć banalnie, to musimy pamiętać, że od niego się wszystko zaczyna i na nim się kończy, jeśli chcemy, aby zespół zdobywał kolejne szczyty. I co ważne, wypracowanie zaufania w zespole jest możliwe, ale to nie bułka z masłem a praca w pocie czoła, codzienny trening uważności na drugiego człowieka i na to, co ja z siebie daję innym. Czy warto?

Spójrzmy na to w ten sposób… Kiedy w zespole brakuje zaufania, nie rozmawiamy, kiedy nie rozmawiamy, pojawiają się konflikty, kiedy pojawiają się konflikty, brak nam zaangażowania, a kiedy brak zaangażowania, to nie za bardzo nam zależy, aby brać na siebie odpowiedzialność, a jak brakuje poczucia odpowiedzialności, to i nie za bardzo się dba o wspólny wynik. Brzmi sensownie?

No dobrze, ale skoro już wiemy, jak ważne jest ZAUFANIE, to co tak naprawdę trzeba zrobić, żeby je wypracować? Chris Cebollero wskazuje na 5 czynników decydujących o poziomie zaufania w zespole. Zaczynając od najważniejszego – PRZYZWOLENIE NA POPEŁNIANIE BŁĘDÓW. Niby oczywiste, ale mało kiedy praktykowane. Tylko nie pomyśl sobie, że chodzi o popełnianie błędów dla samego ich popełniania. Nic z tych rzeczy. Popełniaj je, ale wyciągaj z nich lekcje! To się właśnie liczy! Co więcej, powiedz o tym swoim współpracownikom lub szefowi, żeby oni też mieli szansę się nauczyć na Twoich błędach. Dzięki temu, że będziesz potrafił się do nich przyznać, zbudujesz niezastąpioną relację opartą na zaufaniu.

Kolejnym czynnikiem wpływającym na zaufanie w zespole jest ROZMOWA. Jako ludzie mamy ten przywilej, że możemy się komunikować, używając słów. Ale to, czego potrzebujemy, to nauczyć się w pełni z tego korzystać. Czy nie słusznym jest stwierdzenie, że gdzie kończą się słowa, tam się zaczyna konflikt? Jak wygląda praca w zespole, kiedy pracownicy nie potrafią komunikować swoich potrzeb? Jeżeli coś jest niezrozumiałe, zadbaj o to, żeby to wybrzmiało. Poświęć tyle czasu ile potrzeba na to, żeby nauczyć siebie, ale też swój zespół ze sobą ROZMAWIAĆ a nie tylko do siebie mówić (w poznaniu 4 bardzo różnych stylów komunikacji pomoże Ci model DISC).

Trzecim czynnikiem wspierającym zaufanie w zespole jest postawa wobec jakże strasznego dla niektórych pojęcia: TERMIN WYKONANIA czy DEADLINE – jak wolisz. Pamiętaj, do czego się zobowiązałeś i wywiązuj się z tego. Ale co tak naprawdę za tym stoi? Odpowiedzialność. Bierz odpowiedzialność za swojego słowa. Czasem może się tak zdarzyć, że po prostu się nie wyrobisz ze swoimi zadaniami… Świat się nie skończy, ale zakomunikuj to wcześniej swojemu zespołowi lub szefowi. Bądź szczery i nie każ na siebie czekać. Szanuj swój czas, ale też czas innych. Pilnuj terminów, rozmawiaj, a zobaczysz o ile łatwiej będzie Wam się piąć na szczyt!

Kolejny ważny czynnik wpływający na zaufanie w zespole to prawo do mówienia NIE. Może sobie myślisz: „Szefowi czy współpracownikowi powiedzieć nie? Wykluczone”. Ale kiedy masz na głowie kilka projektów, a Twój szef planuje przypisać Ci kolejny, to nie masz czasem ochoty odmówić? Pewnie tak i to jest w porządku! (Jak to umiejętnie zrobić, żeby nie było agresywnie a asertywnie, piszę w książce „Everest lidera”). Jesteśmy tylko ludźmi a nie maszynami. Lepiej jest odpowiedzialnie mierzyć siły na zamiary i szczerze o tym rozmawiać.

Ostatni czynnik, ale wcale nie najmniej ważny, który zdaniem Chrisa wpływa na zaufanie w zespole, to nastawienie na ROZWÓJ OSOBISTY. Wyznacz cel, wyobrażając sobie, gdzie chcesz się znaleźć np. za rok (zrób to, nawet jeśli Twój szef tego z Tobą nie zrobił). Zapisz plan działania, trzymaj się go i nie zapominaj, że od tego, jak bardzo Ty sie rozwijasz, zależy to, jak bardzo rozwija się zespół. Bez względu na to, na jakim stanowisku pracujesz, masz wpływ na efektywność zespołu. Jakby nie patrzeć, to jest Twoja decyzja, że jesteś w danym zespole (bo chyba nikt siłą Cię nie trzyma?), więc i spoczywa na Tobie odpowiedzialność za rozwój tego zespołu.

Podsumowując, fundamentem trwałego zespołu jest zaufanie. Jeżeli nie będziesz nad nim pracował, prawdopodobnie nie uda Ci się wskoczyć na kolejny poziom i razem z zespołem osiągać kolejne sukcesy. Coś zawsze będzie stało Wam na przeszkodzie. Daj sobie prawo do popełniania błędów, wyciągaj z nich lekcje, naucz się rozmawiać, bierz odpowiedzialność za swoje słowa, uświadom sobie, że masz prawo powiedzieć NIE i cały czas inwestuj w swój rozwój, a doświadczysz, jak kolejne cegiełki będą budować fundament silnego zespolu. Bez zaufania ani rusz…

Co ma wspólnego lider z surferem?

Nie możesz od nich oderwać wzroku, serce Ci szybciej bije na myśl o tym, jak on czy ona pociąga za sobą tłumy, zagrzewa innych do działania, tak wpływa na ludzi, że ci jakby spod ziemi  wydobywają swoje talenty, staną na głowie, aby dać z siebie pełną moc. O kim mówię? O szefach, którzy są prawdziwymi liderami…

Mam i ja takie swoje perełki, jak Richard Branson czy Lori Greiner. Kiedyś myślałam, że z tą ich energią trzeba się urodzić. Nic bardziej mylnego! Trzeba mieć pasję, rozumieć wartość, którą się innym daje, ale przede wszystkim być gotowym na systematyczną i ciężką pracę – nie tylko nad zadaniami, rozwojem biznesu, ale przede wszystkim nad sobą! Jakoś tak się dzieje, że ten ostatni element albo nam umyka, albo nie do końca dowierzamy w to, albo nie chcemy dotykać tej najbardziej tajemniczej materii – siebie… Temu poświęciłam „Everest lidera”, stąd dziś nie o tym… Dziś chcę się chwilę zatrzymać nad tą systematycznością i konsekwencją w działaniu, bo z byciem liderem jest podobnie jak z byciem surferem (pogoda nam dopisuje, więc pozwalam sobie na tę wakacyjną analogię).

Szperając w internecie, trafiłam na informację o tym, że surfer spędza tylko 8% swojego czasu „na fali”, 54% czasu wiosłując, a reszta to czekanie na odpowiednią falę… Na pierwszy rzut oka, to co robi, może wydawać się niezwykle proste, jednak za tym stoi kawał ciężkiej pracy, wytrwałości w powtarzaniu tych samych czynności, by jak przyjdzie fala, w pełnej gotowości odpowiedzieć na to, co niesie. Trudno sobie wyobrazić mocnego surfera, który nie miałby do perfekcji opanowanej sztuki wiosłowania.

Surfer też wie, że nie każda fala stwarza odpowiednie możliwości. Musi być cierpliwy, ale też czujny, w oczekiwaniu na tę właściwą. Ten czas czekania i wiosłowania może wydawać się w rzeczywistości mało atrakcyjny w porównaniu z byciem na fali, ale czy bez tego byłby w stanie wchodzić na kolejny poziom swoich możliwości? Tak to już jest (choć nie zawsze dopuszczamy to do siebie), że wejście na wyższy poziom w każdej dziedzinie wiąże się z tym, że trzeba sprawnie poruszać się w tym, co „nie kręci” na pierwszy rzut oka, na co brakuje cierpliwości, co chciałoby się zdelegować. Tak jak nie ma szans na mówienie płynnie w obcym języku bez tysięcy godzin spędzonych na nauce słówek i gramatyki. Tak samo nie ma lidera (nie myl z managerem, sic!) bez nauczenia się mechanizmów pracy zespołu, rozumienia potrzeb i motywacji pracowników oraz tego, jaką strategię współpracy przyjąć, aby chcieli pracować na rzecz wspólnego celu (miękkie aspekty zarządzania bez problemu przekładamy dziś na mierzalne wskaźniki).

I jeszcze jedna ciekawostka dotycząca surfera. Wielu początkujących źle ustawia swoje ciało na desce. Zwykle stoją za bardzo na jej przodzie, przez co lądują w wodzie, zamiast na fali. Jednak z czasem, systematycznie nad sobą pracując, z pomocą profesjonalistów, zauważają co robią źle i korygują swoje błędy. Ale podkreślam, z CZASEM.

Lider, tak jak surfer, musi też być otwarty na nowe zachowania, strategie działania, z których dotąd nie korzystał (takie to oczywiste, ale jak się dobrze przyjrzeć, to mało kto to robi). Dzięki temu, jest w stanie się rozwijać i wskakiwać na każdą, możliwą „falę”. Tak jak surfer uczy się przyjmować właściwą postawę na desce, tak bycie liderem wymaga pracy nad postawą, siłą charakteru, umiejętnościami, aby być w stanie odpowiedzieć na każdą falę i odnaleźć się nawet w  najtrudniejszych warunkach. Stąd, za każdym razem, gdy zdarzy Ci się wzdychać i myśleć, że ktoś po prostu urodził się do bycia liderem, przypomnij sobie naszego surfera, który cierpliwie wiosłuje i wykorzystuje każdą okazję do rozwoju (każdą falę), żeby wzbić się na wyżyny swoich możliwości!