I gdzie to szczęście? Jak je w końcu odnaleźć?

Autorką tego tekstu jest Julia Góra, którą mamy zaszczyt mieć w zespole EFFECTIVENESS. To dzięki niej zamówienia na badania kompetencji realizujemy na czas, a jako zespół potrafimy „spuścić z tonu” i zwolnić tempo, bo jej opowieści o spotkanych danego dnia ludziach wciągają na potęgę. Sami się przekonajcie, jak opowiada historie:

Zapytana kilka tygodni temu o definicję szczęścia, nie potrafiłam skleić żadnej sensownej odpowiedzi. Ale zaraz… kto jak nie ja ma wiedzieć, co sprawia, że jestem szczęśliwa? Zaczęłam szukać odpowiedzi i dziś mogę podzielić się z Wami wnioskami, które wydały mi się bardzo pokrzepiające!

 Zostałam zaatakowana serią pytań o szczęściu: od czego zależy, co sprawia, że w domu czujemy się jak w domu, a w pracy pracuje nam się dobrze? itd. Pisząc zaatakowana, mam na myśli dosłownie to. Takie pytania, podczas, gdy nie znasz na nie odpowiedzi, mogą wydawać się przerażające. A przynajmniej w moim przypadku tak było. Dlaczego? Uświadomiłam sobie, że zupełnie się nie znam i nie wiem, czym dla mnie jest szczęście. Bardzo mnie dotknęło, że w przypadku, kiedy chodzi o mnie samą, ja tego nie wiem! Starając się wówczas odpowiedzieć na te pytania, uświadomiłam sobie, że nie myślałam sama za siebie, tylko dałam się ponieść temu, co wmawia mi otoczenie. W głowie przewijały mi się tylko reklamy czy kampanie, które przekonują, że jak będziesz miał telefon najnowszej generacji, czy kurtkę od najlepszego projektanta, to będziesz najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Ja nie do końca w to wierzę. Dlatego nie rozmyślając zbyt długo, zaczęłam szukać sposobu, dzięki któremu następnym razem, będę dokładnie wiedziała, co mam odpowiedzieć. A piszę to dlatego, że być może i Ty nie wiesz, jak określić to, co sprawia, że na Twojej twarzy maluje się uśmiech. Dziś chciałabym, żeby dzięki mojemu małemu eksperymentowi wszyscy uświadomili sobie jedną, bardzo istotną rzecz…

Ale może po kolei. Pierwszym krokiem do odnalezienia odpowiedzi było bardzo proste ćwiczenie. Codziennie wieczorem siadałam w ciszy na kilka minut i starałam się przypomnieć sobie, co w ciągu dnia, wydało mi się w jakimś stopniu niesamowite, a należało do kategorii całkowicie zwyczajnych rzeczy. Stałam się bardzo uważna. Pomijając elementy typu ładne załamanie światła na błyszczącej powierzchni, czy dwoje kochających i przytulający się na wietrze ludzi, na mojej liście, na pierwszym miejscu plasował się…uśmiech. Po prostu uśmiech. Wtedy wieczorem, przypominały mi się momenty, kiedy np., w metrze, zupełnie bez powodu, uśmiechnęłam się do kogoś, bo akurat nasze spojrzenia się spotkały, a ten ktoś to odwzajemnił, co swoją drogą nie zdarza się często. Ludzie z reguły uciekają natychmiast wzrokiem w jakiś kąt. Kilka razy złapałam się na tym, że w kolejnych częściach dnia uświadamiałam sobie, że te najprostsze rzeczy, okazują się być najpiękniejsze. Właśnie to sprowokowało mnie do wysnucia bardzo krzepiących dla mnie wniosków…

BO WSZYSTKO ZACZYNA SIĘ OD LUDZI! Wszystko kręci się wokół człowieka. Najprostszy przykład…wymarzona praca. Czy jeżeli będziesz dostawał przyzwoite pieniądze za pracę, której nienawidzisz, to będziesz szczęśliwy? Czy jeżeli będziesz dostawał przyzwoite pieniądze za pracę, do której nienawidzisz chodzić, bo jest tam taka Jolka, która tylko by Ci dogryzała i nie robiła nic innego, tylko czekała na Twój błąd, to będziesz szczęśliwy? A co, jeżeli w końcu robisz to, co od dziecka Ci się marzyło, czyli np. jesteś strażakiem czy baletnicą, ale otaczają Cię ludzie, którzy są niemili, nieuprzejmi, nieludzcy, bo ciągle tylko szukają dziury w całym, zamiast na moment zapomnieć, zwyczajnie się pośmiać i powiedzieć coś miłego, to nadal będziesz kochał tę pracę? Oczywiście są ludzie, którym wystarcza towarzystwo ich samych i nikogo nie potrzebują, ale czy to na dłuższą metę prawda? Człowiek, jakby nie patrzeć, jest zwierzęciem stadnym. Nie poradzi sobie sam w świecie. Potrzebuje wsparcia innych, żeby coś osiągnąć. Poczynając od prozaicznych rzeczy, jak np., zakładanie firmy, która bez klientów zupełnie nie ma sensu, a kończąc na sprawach, powiedzmy, duchowych, czyli np., potrzeba rozmowy, przegadania czegoś, pośmiania się albo po prostu popłakania RAZEM.

To są tylko nieliczne przykłady, mówiące o tym, że wszystko… czy szczęście i radość, czy płacz i łzy, zaczyna się od człowieka! Bądźmy uważni na drugą osobę i na jej emocje, bo być może nie raz okaże się, że będziemy jej potrzebować, żeby chociażby się wypłakać, czy zwyczajnie pośmiać. Pamiętajmy, że życie jest piękne i przeżywając je samemu, nie sprawi, że będziemy 2x szczęśliwsi, bo mamy 2x więcej dla siebie. Dzielmy się życiem i dzielmy się radością, a o wiele łatwiej będzie nam powiedzieć, czym tak naprawdę szczęście jest dla nas, bo dla mnie, szczęście to ludzie. I teraz to wiem na pewno.

Co zrobić, aby w pracy liczył się człowiek?

„Ania, Ty to masz fajny ten zespół…”, „Udały Ci się te dziewczyny…” – w poprzednim tygodniu usłyszałam kilka razy. Przyjęłam to z dużą wdzięcznością, ale i pokorą. Ten tekst nie będzie pieśnią pochwalną na cześć moich pracowników, nic z tych rzeczy. To co usłyszałam, zainspirowało mnie, aby kontynuować temat tego „nieszczęsnego” rynku pracownika. Poniżej zbieram Ci najważniejsze kwestie, do których chcę się ustosunkować, które pojawiły się w wiadomościach, komentarzach po poprzednim wpisie (jest TUTAJ). Otóż:

„Masz taki fajny zespół…” – powiedziałam moim Dziewczynom o tym, jak klienci i współpracownicy się nimi zachwycają. Jestem z nimi szczera, więc dodałam to, co we mnie tam w środku siedziało: „Pewnie, że jesteście fajne, ale tak bym chciała znaleźć sposób na to, aby pokazać, ile my wszystkie wkładamy wysiłku, aby ten zespół był fajny”. Odpowiedziały: „Ania, a jak my codziennie pracujemy nad relacjami między nami…i ile serca dajemy…”. Chcę podzielić się z Tobą oto taką refleksją: zespół ot tak nie jest fajny, nie udaje się… My każdego dnia go budujemy. Zaczęłam od etapu rekrutacji, diagnozując kompetencje pod kątem tego, jakich potrzebuję i z kim zgram się osobowościowo. Rekrutacja nie była przypadkowa, zatem nie trafiły mi się fajne dziewczyny a ja je wybrałam.

Idąc dalej, codziennie – zgadza się: codziennie – pracujemy nad tym, aby ten zespół był efektywny. Znamy swoje mocne strony, ale i ograniczenia. Ja jestem na prawdziwym poligonie: walczę z brakiem cierpliwości, zwolnieniem tempa, bo czasem jest nie do utrzymania przez innych, zmiękczeniem komunikacji. Dziewczyny pracują nad tym, aby skupiać się na rozwiązaniach, nie problemach, wsłuchiwaniu się w to, co mam na myśli, bez zakładania, że chcę skrytykować… Każdego tygodnia podsumowujemy to, co osiągnęłyśmy i w których obszarach, włączając w to relacje między nami i Klientami, chcemy być lepsze. Zatem to nie „americam dream”, to praca w pocie czoła, aby nam ze sobą było dobrze, abyśmy sobie coraz bardziej ufały, rozumiały się a nie oceniały. To setki, tysiące godzin pracy nie tylko nad zadaniami, ale nad relacją, wyjaśnianiem zachowań, których nie rozumiemy, po to, abyśmy te zadania mogły wykonać. To praca każdej z nas, bo każda jest równa w zespole, tylko ma inną funkcję. I każda jest odpowiedzialna za to, jak się nam pracuje ze sobą i co dajemy Klientom. I kiedy wiem, że skuteczny zespół to ciężka praca, w tym szefa, bo przecież ktoś musi modelować pozytywne zachowania, to jest we mnie niezgoda na zakrywanie się niedojrzałością dzisiejszych pracowników…

„Bo pracownicy dziś są tacy niedojrzali…” – spytałam psychologów, jak zdefiniują dojrzałość. Otóż, mówią o poczuciu automonii, odpowiedzialności, rozumianej jako zdolność do zachowania w spójności z uznanymi społecznie normami. I jeśli tak na tę dojrzałość spojrzymy, to czy naprawdę my, starsi, jesteśmy tacy dojrzali? Jak do dojrzałości mają się przemocowe (w tym werbalne) zachowania szefów? Mierzenie wzrokiem w sposób, którego do końca życia nie zapomnisz? Nieszanowanie czasu pracowników? Nieumiejętność usłyszenia tego, co druga strona chce powiedzieć? Brak otwartości na to, że współpracownik może potrzebować innego podejścia? Czyli młodzi są niedojrzali a my wszyscy jesteśmy? Ilu mamy dojrzałych szefów w naszych firmach? Kochani, ja nie bronię młodych, ale zostawmy ich a zajmijmy się sobą, by pomóc im przy nas dojrzewać… Tylko pracując nad sobą, możemy wpływać na nabycie przez innych dojrzałej postawy, pozytywnych zachowań.

„Wszystko fajnie, ale jeszcze daleko nam do tego, aby w korporacyjnym świecie pojawił się człowiek” –   może i daleko, może i nie, nie wiem. Wiem jedno, jak będziemy czekać na zmianę, to możemy jej się nie doczekać. Sama mam na koncie szefów twardszych od muru, jeśli chodzi o zmianę sposobu myślenia. Przestałam spodziewać się zmiany, a zaczęłam ją sama kreować. Dodatkowo, zapytałam Brada, mojego męża, jak na tę kwestię patrzą Amerykanie. Lekko zdezorientowany (bo tak jak uwielbia Polskę, tak trudno mu czasem odnaleźć się w polskiej mentalności), odpowiedział: „A niby dlaczego miałoby się to nie zmienić? Skąd u Was takie przekonanie? Przecież zmiana zależy od szefa i zespołu… Widzisz to tutaj na co dzień…”

A zatem, nie oglądając się na innych, co TY możesz jutro zrobić, aby innym było z Tobą lepiej? Może zapytaj pracownika, co ma dziś w planach i jakiego wsparcia potrzebuje? A może pochwal? A co powiesz na to, że podziękujesz szefowi, że pomógł Ci znaleźć rozwiązanie lub zapytał, jak Ci minął ostatni weekend? Nie czekaj na zmianę, bo jedyne, czego możesz się doczekać, to dodatkowego ciężaru frustracji wobec tego, że się nic nie zmienia… To Ty kreuj zmianę, bo ona się nie zadzieje sama, nie przytrafi się, na nią również się pracuje. A jeśli druga strona tego nie doceni? To też się może zdarzyć, tak już jest. Ale może zmianą w zachowaniu, dawaniem z siebie, zauważaniem człowieka, zainspirujesz inną osobę do tego, że za tydzień, miesiąc i ona zrobi ten pierwszy krok? A co jeśli ta zmiana zależy właśnie od Twojego kroku, tego pierwszego, a może i kolejnego? Nie czekaj na innych, pokaż to, jakim Ty jesteś człowiekem…